RELACJA Z PRAGUE MARATHON – część 1 (przed biegiem)

Emocje po maratonie w Pradze powoli opadają, zaczynam w miarę normalnie chodzić a chłodna już głowa analizuje cały bieg. Pierwsze wnioski dochodziły do mnie podczas powrotu do Polski. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nie jestem zadowolony z wyniku. To nie tak…

Jestem zadowolony bo z Czech przywiozłem nowy rekord życiowy 3:12:53 (poprawa o blisko 5 minut!) i tyle… Już na długo przed wyjazdem mówiłem, że czas powyżej 3:10:00 nawet mnie nie satysfakcjonuje. Euforii nie ma, ale Volkswagen Prague Marathon to był mój priorytet w tym półroczu, dlatego pozwolę sobie szerzej opisać ten wyjazd. Mam nadzieję, że wszyscy wytrwają do końca. 

Dlaczego Praga?
Już jesienią 2016 wiedziałem, że na następnym maratonie podejmę próbę złamania trzech godzin na królewskim dystansie. Brałem pod uwagę Orlen Warsaw Marathon, ale kto śledził temat ten wie, że organizatorzy w dziwinych okolicznościach baaardzo długo zwlekali z ogłoszeniem, czy bieg się w ogóle odbędzie, nie mówiąc już o nawet o podaniu terminu! Nie lubię takich sytuacji i choćby z tego powodu nie miałem ochoty się zapisywać. Nie chciałem też powtarzać Cracovia Maratonu. Zacząłem więc szukać jakiegoś biegu poza granicami i połączyć go z mini-urlopem. Wybór padł na Pragę, jedną z najpiękniejszych europejskich stolic. Miasto, które już zwiedzałem kilka lat temu, znałem więc dość dobrze jego topografię. Miasto relatywnie niedrogie, niezbyt dalekie, podobne kulturowo i… bezpieczne. Pod względem sportowym czeskie biegi pod patronatem RunCzech posiadają odznaczenie GOLD LABEL Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych IAAF, co świadczy o światowym poziomie organizacji biegu (dla porównania w Polsce najwyżej oceniany Maraton Warszawski ma tylko odznakę BRONZE LABEL). Wszystko to przekonało mnie do startu w stolicy Czech.
Do walki o zejście poniżej 3:00:00 podszedłem poważnie. To były bardzo długie 24 tygodnie przygotowań, podczas których przebiegłem 1540 kilometrów w trzaskającym mrozie, upale, deszczu, gradzie, silnym wietrze. Wcześnie rano przed pracą, lub po niej w nocy. W dni wolne, święta czy zaraz po przywitaniu nowego roku. Do tego co jakiś czas siłownia jako dodatkowy element.
Przyszedł czas wyjazdu.
W Pradze zjawiłem się już w czwartek około południa. Po wyjściu z pociągu, na dworcu głównym przywitały mnie duże billboardy ALL RUNNERS ARE BEAUTIFUL promujące bieg.

Po zlokalizowaniu miejsca zamieszkania i załatwieniu wszystkich spraw zaczęło się zwiedzanie. Ku mojemu zdziwieniu i na przekór prognozom pogody było fantastycznie ciepło i słonecznie. Dłuugi spacer po starym mieście zaowocował widokiem przepięknych kamienic, wąskich brukowanych uliczek i… pseudo-włoską knajpką, gdzie mogłem zacząć ładować węglowodany 

I tylko baner na rynku przypominał o zbliżającym się starcie. Tam pierwszy raz zobaczyłem pełną mapę trasy oraz jej profil. Przystanąłem na dłuższą chwilę, ale kiedy poczułem nerwy i dreszcze na plecach to poszedłem dalej.


W piątek po przebudzeniu chciałem ostatni raz wyjść na lekki rozruch. Niedaleko wynajętego mieszkanka znalazłem niewielki park. Zrobiłem lekkie 6 km, które jednak bardzo mnie zmęczyło. Zapomniałem wspomnieć, że do Pragi przyjechałem z katarem, lekko bolącym gardłem. Ogólnie trochę osłabiony. Piątek to również dzień, w którym pojechałem odebrać pakiet startowy. Expo zlokalizowane było w sporej odległości od ścisłego centrum, ale przemieszczanie się komunikacją miejską w Pradze nie stanowi żadnego problemu.
Przemysłowy Pałac (Průmyslový palác) to “hala” wystawiennicza, gdzie było wspomniane już expo a zarazem chyba najpiękniejszy obiekt, w którym przyszło mi do tej pory odbierać pakiet startowy. Przychodząc tam w piątek uniknąłem dużych tłumów, ale z drugiej strony nie poczułem jeszcze atmosfery biegów (nie wszystko przed Pałacem było wystawione i nie było tak gwarno). Wydawka pakietu poszła bardzo sprawnie. Do wyboru były aż cztery rodzaje koszulek ADIDAS, partnera biegu (płatne, jak wszystkie “bonusy” na tego typu zagranicznych biegach). Wybrałem taką z długim rękawem  Do tego bardzo miły i przydatny prezent od organizatorów – kurtka wiatrówka RunCzech! Świetna niespodzianka, na którą po cichu liczyłem wiedząc, że takie prezenty były dawane miesiąc wcześniej podczas “połówki”. Kolejną fajną rzeczą było znalezienie swojego imienia i nazwiska na ściance wśród tysięcy innych nazwisk. 


Sobota to właściwie pierwszy dzień, w którym poczułem że przyjechałem tu przebiec maraton a nie zwiedzać miasto. Od czwartku miałem wrażenie, że jestem tu na wycieczce a przy okazji podobno jest tu jakaś sportowa impreza. Sobotnie popołudnie to również szybki wypad na Expo na pasta party (zapłacone, a co!). W sobotę to tam się działo! Mnóstwo ludzi z całego świata (numery startowe z flagami), koncerty, atrakcje, biegi dla rodzin itd. Zjadłem makaron, obejrzałem prezentację pacemakerów i pojechałem pospacerować po ogrodach na Hradczanach. Powinienem więcej odpoczywać, ale męczyłbym się psychicznie. Po władowaniu w siebie kolejnej, solidnej porcji “węgli” (no dobra, kilku porcji) nadszedł czas, by pożegnać sobotę. O 21:00 już w łóżku, przed 22:00 spałem jak nigdy. Jutro ten dzień…

 

 

 

 

 

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.