RELACJA Z PRAGUE MARATHON – część 2 (niedzielny poranek)

W poprzedniej części pisałem o tym, dlaczego zdecydowałem się na Pragę oraz jak wyglądały ostatnie dni już na miejscu. Ta część miała opowiadać o tym, co działo się ze mną w czasie biegu, ale całe to wydarzenie tak mocno na mnie wpłynęło, że sam bieg będzie w następnym poście. Tej walce i tej nauczce należy się osobny wpis…

Budzik nastawiony na 6:00. Wstałem bez najmniejszego problemu, wypoczęty i w dobrej kondycji. W ogóle muszę w tym momencie przyznać, że jeszcze nigdy nie byłem tak dobrze przygotowany do żadnego startu. Oprócz wspomnianych w poprzednim poście, prawie półrocznych, mocnych przygotowaniach, przez ostatnie trzy miesiące zrzuciłem niemal 6 kg (ze stabilnych od bardzo długiego czasu 81 kg, do 75,2-75,5 kg – lepszej “wagi startowej” nie miałem. Dopiero przeglądając zdjęcia z mety zwróciłem uwagę jaki jestem szczupły). Noce w Pradze też przesypiałem bardzo dobrze, łącznie z ostatnią. Przed żadnym maratonem nie byłem tak wypoczęty.
Sam poranek wyglądał bardzo spokojnie. Zrezygnowałem z rytualnych naleśników na rzecz białego pieczywa z masłem orzechowym, które sprawdziło się bardzo dobrze przed 30-kilometrowymi wybieganiami. Do tego kilka łyków czarnej kawy na pobudzenie.
Od dawna bardzo stresowałem się, wyobrażając sobie tę niedzielę. W ostatnich dniach strach wręcz mnie paraliżował. Nie tyle bałem się złego przygotowania fizycznego, bo byłem pewien że zrobiłem absolutnie wszystko, co zbyt ciepłej pogody i… kłopotów żołądkowych, które pokonały mnie jesienią w Poznaniu.
Nic co ludzkie nie jest nam obce, a w szczególności nam biegaczom, dlatego napiszę wprost, że całe szczęście toaletę załatwiłem wzorowo niczym przedszkolak przed leżakowaniem. Zarówno w domu jak i w strefie biegacza. Można powiedzieć, że lżejszy tyłek odciążył moją głowę.  Może to śmieszne, ale kto interesuje się sportami wytrzymałościowymi wie jakie to bardzo ważne. W końcu organizm kilka godzin pracuje na bardzo wysokich obrotach.


O 7:30 wyszedłem z domu, by udać się w stronę miasteczka biegaczy. Sama strefa zlokalizowana była kilkaset metrów od rynku (tam był start i meta), na placu Wacława, gdzie krzyżują się dwie linie metra. Dotarcie w to miejsce nie przysparzało najmniejszych problemów. Samo poruszanie się po strefie dla zawodników szło niezwykle sprawnie, wszystkie stanowiska ułożone kolejno tak, aby nikt nie musiał zawracać, wszyscy szli płynnie przed siebie. W szatni zdjąłem tylko długie spodnie i bluzę, pod którymi miałem już założony cały strój startowy. Depozyt imponujący, mnóstwo stanowisk z podziałem na dwie ostatnie cyfry numeru startowego, co powodowało brak jakichkolwiek kolejek a oddawane rzeczy były wieszane na wieszak a nie układane gdzieś na ziemi (swoją drogą po biegu zbliżając się do depozytu, będąc jeszcze kilkanaście metrów od właściwego stanowiska, wolontariuszka już miała w ręku moje rzeczy!).
Pozostała godzina do startu, zjadłem więc jeszcze batona i udałem się w stronę rynku. Żeby nie wzbudzać zamieszania, droga dla zawodników rozgałęziała się na długo przed nim. Ci, którzy zakładali gorszy czas na mecie szli w prawo (w uliczkę odchodzącą od głównego placu), ja zaś zostałem przydzielony do lepszych zawodników – bezpośrednio za pierwszą grupą od startu.


Moim oczom ukazuje się rynek główny wyściełany błękitnym dywanem z logo VW – sponsora tytularnego biegu. Mnóstwo ludzi, na wysokości linii startu, na podwyższeniu stanowiska komentatorów TV, kamery. Nad głowami lata telewizyjny helikopter. “Mają rozmach, sku**isyny”, pomyślałem. Zadzierając głowę w górę aby spojrzeć na helikopter, zerkam na wieżę ratuszową. Zegar pokazuje 8:30. Czas wziąć ostatnie suplementy i zrobić dynamiczną rozgrzewkę. Kilkakrotnie pokonałem jedną z uliczek, sprawdzając przy okazji mocowanie paska na żele energetyczne. Wszystko idealnie, nic nie boli, nogi lekkie zarówno przy wolniejszej rozgrzewce jak i podczas przebieżek. Jest dobrze, jest bardzo dobrze. Ostatni łyk izotoniku i wszedłem do swojej strefy startowej. Każdego wejścia pilnowali wolontariusze. Nie wpuszczali ani wolniejszych zawodników do lepszych stref, ani odwrotnie. Rozwiązanie coraz częściej spotykane także na naszych biegach, znacznie poprawiające bezpieczeństwo. Ostatnie minuty to już pełne skupienie i oczekiwanie. Ponownie spojrzałem w niebo, pogoda niemal identyczna jak podczas mojego zeszłorocznego debiutu w Krakowie. Słonecznie, ale chłodno. Nerwy jednak zdecydowanie większe niż za pierwszym razem, ale i cel karkołomny. Zamykam oczy żeby się uspokoić. Słysząc głos spikera wszyscy biją brawo, kilka razy uderzam się lekko “z liścia” po twarzy na otrzeźwienie. 3… 2… 1…

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.