RELACJA Z PRAGUE MARATHON – część 3 (bieg)

Poprzednio opisywałem poranek przed startem, strefę startową. Dziś przyszła pora na najważniejszą część, czyli to, co działo się ze mną podczas biegu.

Kiedy rozległ się huk strzału startera i baloniki poszybowały ku niebu byłem jakieś 50 metrów od linii startu. Bardzo blisko, jak na około 7 tysięcy zawodników. Powolutku drepcemy przed siebie, prawie w miejscu, aż mijam białą linię, włączam zegarek. Od tej chwili rusza walka z czasem. Aby zrealizować plan i ukończyć maraton z czasem poniżej 3:00:00, każdy z 42 kilometrów powinienem pokonywać w 4 minuty i 16 sekund.
Pierwsze 1000 metrów minęło bardzo płynnie, niewiele osób biegło znacznie wolniej przez co nie musiałem między nimi lawirować i tracić czasu, energii i nerwów. Mijam tablicę z napisem “1 km”, w tym momencie Garmin na moim nadgarstku pokazuje tempo 4:16 – idealnie.
Za czołem stawki podąża helikopter, niesamowite wrażenie podnoszące jeszcze bardziej poziom endorfin. Euforia nie trwała zbyt długo. W połowie drugiego kilometra, biegnąc po nierównej kostce brukowej postawiłem źle prawą stopę. Poczułem przeszywający ból w kolanie i kolejne kilkadziesiąt metrów lekko utykałem. Pomyślałem, że to może być koniec tego biegu, mój koniec. Co? Tak szybko? Pomyślałem, że to nie może być prawda i spróbuję to rozbiegać. Ten dramatyczny kilometr przebiegłem w 4:18 min.
Po kilkuset metrach ból kolana nie przeszkadzał (co nie znaczy, że go nie było) a ja wykonywałem swoją pracę. Tempo cały czas lekko poniżej założeń. Starałem się oddalić myśli od bólu a pomógł mi w tym najsłynniejszy z praskich mostów – Most Karola. Chyba nikt, prócz biegaczy, nie ma szans na przebycie go w ciągu dnia bez tysięcy turystów i straganów. Był pusty, cudownie.
Po piątym kilometrze, na punkcie odżywczym wyciągam rękę po kubek wody. Profilaktycznie zaczerpnąłem niewielki łyk, resztą polałem uda. Mijając 7. kilometr widziałem już tablicę z oznaczonym 37. kilometrem. To odcinek, który pokonywać będę dwa razy. Pomyślałem, że chciałbym być już na tym trzydziestym siódmym, najlepiej w obecnym stanie.


Na dziewiątym kilometrze sięgam po pierwszy z czterech żeli, cały czas rozkoszując się trasą prowadzącą w stronę rynku. Jak już wspomniałem część z dotychczasowej drogi pokrywa się z ostatnimi kilkoma kilometrami. Skręt w stronę mety, przecinamy ją mniej więcej na 13. kilometrze. Okrzyki kibiców i spikera zagłuszają się wzajemnie. Trąbki, bębęnki, gwizdki. Miało się ochotę przebiec z podniesionymi w geście zwycięstwa rękami, ale przecież to nie meta – to dopiero niespełna 1/3 drogi.
Całe szczęście nie dałem się porwać tłumowi i nie szarpnąłem do przodu. Cały czas trzymałem równe tempo (4:09; 4:10; 4:12; 4:13; 4:09; 4:13; 4:10; 4:10). Przecinając stare miasto w pamięci utknął mi zabawny widok. Po środku brukowanej uliczki był wąski pas ułożony z bardzo równych kamieni. Biegłem w na tyle zwartej, ale niewielkiej grupie, że wszyscy biegliśmy gęsiego. Nikt nie miał zamiaru wyprzedzać po nierównościach, ale z drugiej strony nie było takiej potrzeby – wszyscy mieliśmy bardzo równe tempo. śmiesznie to wyglądało.
Kolejne kilometry wzdłuż Wetławy zmierzały w jeden z najdalej oddalonych punktów, za Wyszehrad. Nadal czułem się bardzo dobrze i trzymałem bardzo dobre międzyczasy. Na każdym kilometrze zyskiwałem po kilka sekund, jednak w granicach rozsądku. Na 18. kilometrze zauważyłem idącą z naprzeciwka jedną z zawodniczek elity. Pomyślałem, że szybko się poddała. Mój bieg do tej pory rozgrywał się po mojej myśli… Właśnie mijałem miejsce, które już znałem – to park, po którym biegałem w piątek! Zaraz za nim zjadłem drugi żel i gnałem przed siebie…
Mijałem linię wyznaczającą półmetek. Spojrzałem na zegarek i aż otworzyłem szerzej oczy. Niecałe 1:29h! Przecież to mój drugi najlepszy rezultat w półmaratonie! Dodatkowo mnie to podbudowało.


Przebiegając na drugą stronę Wetławy, zaraz za mostem stała grupka kobiet z polską flagą. Krzyknąłem “Polska! Głośnooo!” na co zerwał się ich doping. Słyszałem je jeszcze dobre 100 metrów 
Na 28. kilometrze byłem w miejscu, które kojarzyłem z relacji telewizyjnej półmaratonu. Bardzo długa prosta, w pełnym słońcu i bez kibiców. Najbliższe 2 kilometry mnie niszczyły. Cisza, gorący asfalt i pierwsze myśli, że mi się nie chce, wyciągam przedostatni żel… Szybko pokonałem czarne chmury w głowie, udało się przetrwać w dalszym ciągu nie zwalniając tempa!
Znów zbliżałem się do zabytkowej części miasta, gdzie było więcej kibiców i cienia. Pojawiał się ból w biodrach, co jakiś czas odzywało się nadwyrężone na drugim kilometrze kolano, ale widziałem że takie bóle są do zaakceptowania. Czułem też, że kłopoty żołądkowe mnie nie dopadną.
Byłem już na 32. kilometrze, wiedziałem że niedługo zacznie się najcięższy etap dlatego zacząłem już wsteczne odliczanie. Pomyślałem, że już mniej niż 10 kilometrów, w tym tempie to raptem jakieś 43 minuty. Wiedząc, że mam naprawdę duży zapas, lekko zwolniłem do tempa 4:22-4:28 min/km aby móc bezpiecznie dowieźć dobry czas.
Żeby oddalić wizję zmęczenia zacząłem myśleć o finiszu… O tym jak zbliżam się do zegara, na którym widnieje 2:5X:XX. Myślałem o tym, że dokonam tego przy pierwszej próbie i że utrę nosa wszystkim tym, którzy nie wierzyli. Myślałem już nawet, co napiszę pod zdjęciem na FB. Może to śmieszne, ale tak to właśnie wyglądało w mojej głowie, tym bardziej że wciąż miałem realne szanse na pokonanie magicznej bariery 3 h. Pomogło mi to przetrwać kolejne kilometry, tempo spadało.
36 i 37 kilometr biegłem głową, wciąż zachowując szansę na <3:00:00. Jeszcze 5, jeszcze 5, powtarzałem.
Na cztery kilometry przed metą pękłem, przeszedłem do marszu. Kto mnie zna, ten wie, że jestem bardzo upartym i zdeterminowanym człowiekiem zarówno w życiu jak i w sporcie. To świadczy o tym, że zrobiłem absolutnie wszystko. Jak się okazało odpuściłem w ostatniej chwili, jak zwolniłem droga przede mną rozjeżdżała się we wszystkich kierunkach. Kręciło mi się w głowie, szedłem wężykiem. Marzyłem o dotarciu do punktu żywieniowego.
Zauważyłem kurtynę wodną. Miałem nadzieję, że to nie fatamorgana. Całe szczęście była prawdziwa, troszkę mnie to ochłodziło i zacząłem truchtać. Trwało to jednak góra 200 metrów i znów przeszedłem do marszu.
Na ostatnich dwóch punktach z napojami prosiłem o dwa kubki z wodą, jeden wypijałem, drugi wylewałem na głowę. Na końcu każdego punktu były mokre gąbki, chłodziłem całe ciało (oczywiście nie pisałem o wszystkich takich punktach na trasie. Te były co 5 km, korzystałem z każdego biorąc łyk wody, resztą polewając uda. Gąbkę natomiast wyciskałem na głowę, wycierałem twarz, kark i ręcę – chłodziłem się podczas całego biegu, kiedy to było tylko możliwe)
Ten długi “spacer” trwał może w sumie jakiś kilometr. Towarzyszyło mu bardzo przygnębiające uczucie. Mijały mnie dziesiątki ludzi a ja nie mogłem nic zrobić. Nie miałem panowania nad swoim własnym ciałem. Szedłem do przodu chwiejnym krokiem, co jakiś czas zakręciło mi się w głowie, ale nie było mowy nawet o truchcie.
Na 41. kilometrze zauważyłem przede mną jeszcze bardziej wycieńczonego biegacza. Szedł całą szerokością pasa jezdni prawie się przewracając. Zdołałem go dogonić, zobaczyłem że oczy mu uciekają w górę. Po prostu omdlewał. Spojrzałem na jego narodowość, Czech. Złapałem go za ramiona, mówiłem żeby usiadł, że to koniec biegu. Nie słyszał mnie. Pomyślałem, że zaraz się przewróci i uderzy głową o krawężnik, więc przewiesiłem go sobie przez ramię i szedłem z nim. Kibice chcieli mu podać wodę. Nic nie docierało. W końcu na horyzoncie dostrzegłem służby medyczne. Idąc tak z wiszącym na mnie człowiekiem zacząłem machać. W końcu po dłuższej chwili podbiegła dziewczyna z karetki. Wspólnie udało nam się posadzić Czecha gdzieś pod murkiem. Upewniłem się, czy sobie poradzi i… Zostało mi ostatnie 1300-1500 m. Truchtałem bez żadnej mocy, o finiszu nie było mowy, to była raczej walka z przetrwaniem niż myśleniem o czasie, choć widziałem że i tak zrobię życiówkę… O ile nie zemdleję.
Ostatnia prosta przed metą biegła ulicą Francuską. Ulica ta jest znana z ekskluzywnych butików najlepszych projektantów mody. Najważniejsze było jednak to, że było dużo cienia. Już widzę metę, doping musiał być niewyobrażalny, ale nic nie słyszałem. To było jak niemy film. Spojrzałem na zegar, na którym zobaczyłem 3:13:XX.

Przekroczyłem linię mety, wyłączyłem zegarek. Odebrałem medal, chyba uśmiechnąłem się do zdjęcia, odebrałem wodę i padłem. W końcu.

Chwilę po biegu czułem się dość dobrze, poszedłem nawet na upragnione piwo i burgera. W końcu mogłem. Po kilku godzinach jednak zaczął się silny ból głowy, który trwał jeszcze cały kolejny dzień. Bardzo wysoka temperatura ciała i dreszcze. Wyglądałem jak tysiąc nieszczęść.


Analizując dane z Garmina, zobaczyłem, że kiedy stanąłem na 4 km przed metą, tętno wciąż rosło aż do 195bpm! Ewidentnie przegrzałem i odwodniłem organizm, mimo częstego picia i polewania wodą. Coś nie zagrało… Cieszę się, że zachowałem tyle świadomości aby przestać biec, jeszcze chwila a byłbym w gorszym stanie od tego Czecha, prawdopodobnie bym zemdlał i to byłby koniec biegu.
A tak… Choć nieusatysfakcjonowany wróciłem z ogromną porcją nauki, świetnym przygotowaniem, którego nikt mi nie odbierze, nowym rekordem życiowym i… zapewnionym miejscem w rankingu najlepszych polskich maratończyków 2017! Już czekam na półroczną tabelę tego zestawienia. 

Kończąc, chciałbym napisać bardzo ważne słowa. Dziękuję za wszystkie zaciśnięte kciuki i życzenia powodzenia przed biegiem. Dziękuję za wszytkie gratulacje i “lajki”. Było tego tak dużo, że byłem szczerze zdziwiony! Dziękuję tym, którzy nie wierzyli, dajecie mi siłę. Wielkie dzięki Klubowi Biegacza Fartlek. Po biegu widziałem, że śledziliście moje poczynania na żywo poświęcając swój czas i komentując między sobą. Jak czytałem waszą rozmówę, byłem rozbawiony do łez mimo złego samopoczucia! Dziękuję Oli, która w wielu rozmowach znosi moje stresy i mocno wspiera i podtrzymuje na duchu. Prawdziwa Kibicka, taka Koleżanka to skarb! Nie mogę też zapomnieć o Łukaszu, z którym zrobiłem kilka dobrych treningów – DZIĘKI! Dziękuję również fizjoterapeucie Krzysztofowi – składał mnie do kupy już kilkukrotnie, dzięki czemu mogłem kontynuować treningi (teraz czekam na na diagnozę kolana i jedziemy dalej!).
Przede wszystkim dziękuję Jackowi, który zadaje sobie trud układania i modyfikowania mojego planu treningowego. Bez tego albo nie startowałbym w maratonach, albo bym je klepał godzinę dłużej. Za pół roku kolejna próba i wspólnie damy radę!

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.