Podsumowanie roku 2017

Do zakończenia roku pozostało jeszcze kilka dni. Ze względu na przebyty zabieg nie biegam już od początku listopada i postanowiłem sobie, że powracając do pełnej dyspozycji, nie będę się forsował pauzując do końca grudnia. Mogę zatem śmiało podsumować cały rok 2017, a jest o czym pisać! Były to bowiem najlepsze miesiące mojej biegowej “kariery”!

Nowy Rok przywitałem dwudziestopięciokilometrowym biegiem, będąc już w cyklu treningowym, przygotowującym mnie do wiosennego maratonu. Ściślej mówiąc maratonu, podczas którego pierwszy raz podjąłem próbę zejścia do poziomu poniżej trzech godzin. Jednak miało to nastąpić dopiero w maju.

Zimowe miesiące upływały na budowaniu bazy, częste crossy, bieganie po lesie. Świetnie wpisały się w to lutowe zawody w Żorach:

Tropem Wilczym – Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Nieatestowana, leśna trasa. Typowy bieg nie na czas, a na pozycję. Metę przekroczyłem na 12. miejscu, jednocześnie zajmując 4. pozycję w swojej kategorii. Do domu wracałem zadowolony z poprawy w stosunku do ubiegłorocznego biegu, jednak z lekkim niedosytem, że do podium w M30 zabrakło kilku sekund.

Pierwszym, poważnym biegiem był krakowski Półmaraton Marzanny. Był to jednocześnie przedmaratoński start kontrolny. Pamiętam ten dzień niemal w każdym szczególe od przebudzenia aż po wieczór. Nastawienie, atmosferę, ludzi, zapachy, pogodę, wszystko! Nie wyobrażałem sobie, żeby coś mogło pójść nie tak i jak się później okazało przeczucie miałem dobre. Mimo ciężkich warunków, bardzo niskiej temperatury i przeszywającego, silnego wiatru wystartowałem w letnim stroju i biegłem ile sił. Mój czas na mecie to 1:26’24” i 142. miejsce na 3179 osób (mój poprzedni PB to 1:29’42”, więc poprawa była znaczna). Chociaż założenia trenerskie mówiły o godzinie i dwudziestu pięciu minutach to i tak byłem przeszczęśliwy, bo przy tym wietrze to było absolutne maksimum. Jak się później okazało, były to mój jedyny start na dystansie 21. kilometrów i 97 metrów w tym roku – szkoda, ale przynajmniej życiówka przetrwa dłużej. 😉

Kwiecień minął pod znakiem ostatnich szlifów do maratonu. Niejednokrotnie bardzo ciężkie treningi i ostatecznie duża objętość miesięczna, ponad 340 przebiegniętych kilometrów.

“I wtedy przyszedł maj…”, jak w jednej z popularnych radiowych piosenek. A wraz z majem najważniejszy bieg sezonu – Prague Marathon! Mój pierwszy zagraniczny bieg i to w dodatku w czeskiej stolicy – jednym z najpiękniejszych miast w Europie! Ogromne przedsięwzięcie, pierwszorzędna oprawa i organizacja. To przecież bieg z odznaczeniem Gold Label, najwyższym Międzynarodowego Stowarzyszenia Organizacji Lekkoatletycznych IAAF. Jest dla mnie coś magicznego w doświadczaniu i zdobywaniu kolejnych leveli w tym sporcie. O wyprawie do Czech i samym biegu można przeczytać tutaj, tutaj i tutaj.

Po niesamowitym biegu i, według mnie, najlepszej mojej walce na dystansie 42,195 km znów wróciłem do domu z nowym rekordem życiowym – 3:12’53” ogromną maratońską lekcją życia oraz miejscem w zestawieniu najlepszych polskich maratończyków tego roku.

Wróciłem również z kontuzją, a był to silny ITBS (zespół pasma biodrowo-piszczelowego). Plany potrzymania formy wzięły w łeb, choć pod koniec miesiąca wziąłem jeszcze udział w krótkim, bo około 3-kilometrowym, szybkim biegu w Zebrzydowicach. Podobnie jak lutowy start w “Żołnierzach Wyklętych”, tutaj też biegłem “na miejsce”. Zająłem bardzo dobrą 7. pozycję mimo silnej obsady. Nastąpił okres roztrenowania i wizyty u fizjoterapeuty, żeby pokonać te nieszczęsne pasmo. Kiedy już było prawie dobrze wybrałem się w góry, gdzie się przewróciłem. Skutek – zapalenie kaletki, ale myślę że kontuzje to temat na osobny wpis.

Odkąd biegam maratony i traktuję to całkowicie poważnie to każdy rok dzielę na sezon wiosenny i jesienny. Widać to dobrze na poniższej grafice, wyraźny podział na okresy treningowe i roztrenowania.

Przez przedłużającą się walkę z kontuzjami i urazami dość późno zacząłem treningi do październikowego maratonu w Poznaniu. Szczerze przyznam, że na początku roku nie sądziłem, że pobiegnę jakiś maraton jesienią, ale wyznaczony termin usunięcia żylaków na to pozwolił – nie mogłem sobie odmówić. 🙂

Wrzesień to szalony treningowy rollercoaster na dużej objętości i intensywności. Równe 360 kilometrów w miesiącu a w tym jeden start w zawodach na 10 km. Chodzi oczywiście o Jastrzębską Dziesiątkę. Na tym dystansie nie startowałem przez równy rok, a oficjalna życiówka widniała w moim CV już dwa lata, choć przez ostatnie miesiące biłem ją na większości treningów. Po prostu musiałem to zrobić!

To był iście szalony weekend zwieńczony zejściem poniżej 40. minut, czego nawet nie zakładałem przy obciążeniu treningowym, jakie musiało znosić moje już mocno zmęczone ciało. W tym momencie byłem już spełnionym sportowcem, jeśli chodzi o rok 2017. Wystartowałem trzy razy, na trzech różnych dystansach i każdy z tych startów kończył się życiówką.

Cztery tygodnie później ponownie wystartowałem w maratonie (można przeczytać tutaj i tutaj). Była to ciężka próba złamania trzech godzin. Mógłbym powiedzieć, że próba podejmowana wbrew sobie, bo gdzieś z tyłu głowy wiedziałem, że nie jestem przygotowany psychicznie. Zupełnie inaczej niż wiosną w Pradze, tam nie brakowało mi niczego.

I rzeczywiście w trakcie biegu głowa dała o sobie znać i znów na zegarze wiszącym nad linią mety nie było mi dane zobaczyć dwójki z przodu. Na osłodę – kolejna życiówka.

Podsumowując:

Był to najlepszy rok odkąd zacząłem biegać. Pomimo kilku problemów ze zdrowiem osiągam coraz lepsze wyniki, czyli wypełnianie planu daje wymierne korzyści. Znoszę też coraz większe obciążenia a moja wytrzymałość rośnie. Od 1. stycznia do 3. listopada przebiegłem 2465 kilometrów, wszystkie zawody na trasach z atestem przynosiły rekordy życiowe. Marzę, by to się nigdy nie kończyło! 🙂

Niedługo czeka mnie układanie planów na rok 2018. Celem głównym maraton w Berlinie. A co jeszcze? Okaże się niebawem. 🙂

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.