Bieg inny niż wszystkie – Wings for Life World Run

Uczestnictwo w Biegu Światowym, popularnie zwanym “Wingsem”, chodziło mi po głowie odkąd (już jako “truchtacz”) pierwszy raz o nim usłyszałem. Przez ostatnie dwa lata wybierałem jednak wiosenne maratony głównie ze względu na to, że prostu nic mnie tak nie kręci, jak urywanie kolejnych minut z rekordów życiowych.

Poważniejszym impulsem, by wystartować w Wings for Life, była ubiegłoroczna, światowa wygrana Bartosza Olszewskiego ztj. WarszawskiBiegacz.pl. Wtedy o tym biegu zrobiło się naprawdę głośno, a ja postanowiłem, że chcę spróbować sił w tej imprezie.

Napisałem o tym nawet na moim fanpage’u. Może nie wprost, ale post brzmiał mniej więcej: “w przyszłym roku chcę zrobić coś wielkiego!” mając w głowie przebiegnięcie dystansu ponadmaratońskiego (kalkulowałem nawet 45-47 kilometrów). Życie jednak weryfikuje pewne plany, przyszła operacja usunięcia żylaków a powrót do biegania zajął trochę więcej, niż przypuszczałem. Paradoksalnie właśnie to utwierdziło mnie w przekonaniu, że skoro i tak nie zdążę się przygotować do dobrego występu w maratonie, to “Wingsa 2018” po prostu NIE MOGĘ opuścić.

Oczywiście zakładany przeze mnie dystans też uległ korekcie i chciałem zrobić po prostu długi, fajny trening fizyczny i mentalny – taka symulacja maratonu, tyle że na ok. 35 kilometrów.

Na miesiąc przed biegiem BUM! Niewinnie wyglądająca stłuczka na gokartach, niestety dość poważna w skutkach. W efekcie mocno naciągnięte mięśnie przykręgosłupowe, międzyżebrowe. Każdy ruch sprawiał ból i problemy z oddychaniem, nie mogłem nawet sypiać na boku (zatykało mnie) a o treningach, oczywiście, nie było mowy. Mniej więcej w takim stanie, po wizycie u fizjoterapeuty, masażu, suchym igłowaniu i tape’owaniu wyruszałem do Poznania. Już bez jakichkolwiek założeń. Mój stan był jedną wielką niewiadomą – pewne było tylko, że chcę wziąć udział w tym wyjątkowym biegu. Wyjątkowym nie tylko ze względu na ideę, jaka mu przyświeca, ale też na całą formułę i globalny zasięg.

Bo co to jest właściwie Wings for Life?

To bieg obejmujący cały świat, nad którym pieczę obejmuje Red Bull, startujący dokładnie o tej samej porze w kilkunastu lokalizacjach. Dystans nie jest znany, ponieważ metą jest… samochód pościgowy, startujący za zawodnikami 30 minut od wystrzału startera. Przez pierwszą godzinę catcher car porusza się z prędkością 15 km/h, następną godzinę jedzie 16 km/h, kolejną 17 km/h, jeszcze kolejną  20 km/h, by ostatecznie przyspieszyć do 35 km/h aż do złapania zwycięzcy. “Ostatni będą pierwszymi” idealnie odzwierciedla formułę tego biegu, a samo “uciekanie” już sprawia ogromną frajdę.

Jednak najważniejsze w WfL jest to, że BIEGAMY DLA TYCH, KTÓRZY NIE MOGĄ i to jest główne motto imprezy. Bieg jest charytatywny i opłaty startowe, oraz dobrowolne datki są w całości przeznaczane na organizacje zbierające fundusze na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym (co obrazuje logo biegu).

Wystarczy pomyśleć, że masa ludzi na całym świecie jednoczy się w tym samym momencie w jednym szczytnym celu świetnie się przy tym bawiąc a serce rośnie do niewyobrażalnych rozmiarów. Pisząc “masa ludzi” mam na myśli ok. 100 tysięcy osób! Wliczając w to możliwość rywalizacji nie tylko na oficjalnych biegach, ale również poprzez aplikację, bo i taka możliwość pojawiła się od tego roku.

Na własne oczy zobaczyłem, że otoczka imprezy jest całkowicie inna, niż podczas maratonów, atmosfera też nieco inna a ze względu na pogoń za kilometrami a nie za czasem – taktyka też różni się od tej maratońskiej. Taktyka, której nie miałem… Chodziło o to, by po prostu biec, ile się będzie dało.

Nawet ostatnie dni, nie mówiąc już nawet o godzinach przed startem, diametralnie różniły się od moich maratońskich rytuałów, ale nie będę się na ten temat rozpisywał.

Na kilkadziesiąt minut przed 13:00 zażyłem Ketonal. Jak już pisałem na początku, wciąż nie mogłem dojść do siebie po gokartowej stłuczce, większość zwykłych czynności przychodziła mi z trudem. Do biegu, który organizowany jest dla osób niepotrafiących się poruszać, jak na ironię sam przystępuję z dużymi problemami i bólem – pomyślałem. I ani trochę nie chcę nabijać się z powagi idei “Wingsa”.

Jeszcze przed startem kilka pamiątkowych zdjęć, m. in. Z zawsze pozytywnie nastawionym Jarkiem, oraz Jackiem, który prowadzi moje treningi i w sumie przez którego (DZIĘKI KTÓREMU!) mam tę maratońską zajawkę. Było też przybicie piątki z Chrisem, prowadzącym blog On The Move. Startowałem zapisany do Jego drużyny, która okazała się jedną z najliczniejszych w Polsce i na Świecie! Jak się okazało na drugi dzień w oficjalnych statystykach – wspólnie pozamiataliśmy! 🙂

Po rozgrzewce stwierdziłem, że będzie co ma być, przecież nie muszę się stresować czy dobiegnę do mety – przecież to ona mnie dogoni. 😉

Jeszcze ostatni całus od Narzeczonej i zająłem miejsce w tłumie biegaczy, przyklejając się do dużego teamu Jysk Polska (drużyna Jarka i Jacka). Było ciepłe wczesne popołudnie, to nie jest zbyt dobry czas na bieganie, ale nie możemy narzekać. Patrząc na telebim, widzimy biegaczy zebranych na starcie w innych lokalizacjach. Niektórzy muszą biec w środku nocy, więc nie mamy tak źle. 😉

I nagle wystartował cały świat! My zaczęliśmy na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich i chociaż byłem tam kilak razy, to nigdy nie widziałem obiektu z tej perspektywy. Biegliśmy po większości placu MTP, by opuścić go “tylnym wyjściem” w stronę centrum miasta.

Niosły mnie endorfiny i nie myślałem, czy coś mnie boli. Poznań, jak zawsze, uraczył tłumami kibiców na ulicach, atmosfera świetna i pewnie dlatego pierwsze kilometry zaliczyłem bardzo mocno (4:22; 4:13; 4:17). Zdziwiony, że przy takich perypetiach potrafię tak biec… Ba! Że w ogóle potrafię biec, po prostu wyrzucałem naprzemiennie nogi przed siebie, by po następnych kilometrach same naturalnie ustabilizowały tempo. To oscylowało w granicach 4:30 min/km. Jak na aktualny stan, był to dla mnie jakiś kosmos, ale skoro biegło się dobrze, to tego się trzymałem.

Bez przerwy dokuczał mi ból w żebrach, ale cały czas był akceptowalny. Budynki się przerzedzały i mijając którąś z dalszych dzielnic miasta spojrzałem na zegarek i pomyślałem, że samochód pościgowy właśnie ruszył. Do tego momentu czułem się, jak podczas normalnego biegu ulicznego, ale teraz wiedziałem, że uciekam.

Po kilku minutach minąłem tablicę z przekreślonym napisem POZNAŃ i nagle biegłem drogą wylotową z miasta w kierunku Gniezna a z prawej i lewej strony nic tylko pola i drzewa. Na to właśnie czekałem! To jest prawdziwy Wings for Life, jaki znam z telewizji! To podziałało na mój przeszywający ból, jak morfina. Mogłem tak lecieć przed siebie bez przerwy. Zauważyłem biegacza, który biegł podobnym tempem. Wyglądał na dobrze przygotowanego, postanowiłem się do niego podczepić. Jakoś tak łatwiej było pokonywać kolejne kilometry, zwłaszcza że profil trasy szedł delikatnie pod górę a z przeciwka wiał lekki wiatr. Z jednej strony dawał duże ochłodzenie i nie był na tyle silny, by stawiać do pionu, z drugiej jednak po dłuższym czasie było czuć zwiększony wydatek energii, by przeć do przodu.

Walczyć ze Słońcem pomagali też kibice na trasie, którzy grupowali się w centrach swoich wsi, a prawie zawsze towarzyszyła im lokalna Ochotnicza Straż Pożarna z rozstawionymi na ulicy zraszaczami. Wbiegając w takie zimne fontanny aż zatykało dech w piersi 🙂

W ogóle z tego biegu zapamiętam właśnie te grupy osób, które wyszły z domów, żeby nam pokibicować, bić brawo. W jednym miejscu dzieci rozlewały wodę do plastikowych kubeczków i nas częstowały! Urocze!

Usłyszałem, że kilka kroków za mną ktoś mnie zawołał. Obróciłem się przez ramię i zobaczyłem Jacka. Zrównaliśmy się i biegliśmy ramię w ramię przez zacieniony, leśny odcinek. To było świetne kilka kilometrów. Biegło mi się wtedy najlepiej i przypomniało mi się kilka naszych wspólnych treningów. Byłem bardzo zadowolony i wręcz dumny, że mogę biec obok. Lekko zwiększyliśmy tempo, nawet można powiedzieć, że na sygnał Jacka, trochę szarpnęliśmy, by skleić się z kilkoma biegaczami przed nami. Nie wiem, czy to było powodem, czy ciągły ból, czy też może słabe nogi (nie trenowałem od 3 tygodni), ale na jednym z podbiegów zacząłem z każdym krokiem tracić do Jacka po kilkadziesiąt centymetrów.

Dobiegłem do flagi z oznaczonym 21. kilometrem, ale już po półmaratonie przechodziłem do marszu. Czułem się dobrze, ale zamiast czworogłowych uda, czułem już gąbkę. Parafrazując klasyka – mamusię oszukasz, tatusia oszukasz, ale braku kilometrażu w nogach nie oszukasz 🙂

Od tego momentu odcinki marszu przeplatały się z biegiem a ja zacząłem się zastanawiać, jak daleko za mną jest samochód prowadzony przez Adama Małysza. To ten moment, kiedy myśl “oby jeszcze nie nadjeżdżał” zmienia się “w gdzie ten samochód?”. Byłem ciekawy, czy dobiegnę do 25. kilometra. Kiedy to się udało, zastanawiałem się czy uda się jeszcze uciekać do 27-go. Później walczyłem o “trzydziestkę”. Jak się okazało, było nas więcej. Okrągłe liczby mają coś w  sobie. Mijając oznaczenie trzydziestego kilometra kilka lub nawet kilkanaście osób po prostu się zatrzymało – widocznie osiągnęli co chcieli ostatkiem sił, ale skoro jeszcze nie widziałem za sobą mety, postanowiłem grać w tę grę dalej.

Dobiegałem do jakiejś małej wioski i jej typowego centrum – sklep, kościół i cmentarz. Pomyślałem, że co to, to nie – nie skończę tego biegu na cmentarzu i wyciskałem jeszcze te gąbki w nogach do końca.

I tu pojawia się ten moment, gdzie słychać klaksony i warkot silników motocykli. Zbliża się Kapitan Wąs, jak mówią na Małysza. Fajny moment, kiedy się obracasz, widzisz pościg i chcesz jeszcze docisnąć do pełnego kilometra – nie ważne którego, ważne żeby jeszcze minąć kolejną flagę.

I w końcu meta! 32 kilometry i 100 metrów! Przybijanie piątek z kolumną pościgową i radość, że udało się zrobić aż tyle!

Samochody jadą dalej, łapią kolejnych biegaczy, zapada cisza a ja orientuję się, że stoję w szczerym polu gdzieś na wielkopolskiej ziemi ponad 30 kilometrów od Poznania.

I chyba o to w tym wszystkim chodzi. Mimo, że to bieg masowy, startowałem wśród prawie ośmiu tysięcy ludzi, którzy po drodze się wykruszali a niektórzy wciąż się gdzieś oddalali, zostałem sam na sam z bieganiem i nie było ważne gdzie aktualnie jestem. RADOŚĆ!

Został jeszcze powrót, a ten zorganizowany był autobusami podstawionymi co około 5 km. Wróciłem więc spacerkiem w okolice sklepu i kościoła, który wcześniej mijałem i czekałem na transport. Ten dłużył się bardzo, niemal godzina w busie, a żeby było śmieszniej – na stojąco.

Zdecydowanie było warto i jestem pewny, że na Wings for Life pojawię się jeszcze nie raz i może zrealizuję ten ponad 45-kilometrowy plan. 🙂

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.