Nie wiedziałem, że to zrobię… dlatego to zrobiłem. Relacja z Mattoni Olomouc Half Marathon.

O półmaratonie w Ołomuńcu dowiedziałem się przynajmniej kilkanaście miesięcy temu i już wtedy pojawiła się myśl, żeby w przyszłości wziąć udział w tym wydarzeniu. Bieg zaliczany jest do ligi imprez biegowych RUNCZECH. Marka sama w sobie, oznaczająca prawdziwy “top” pod względem organizacyjnym jak i sportowym, przyciągająca na swoje biegi czołówkę światowych biegaczy (z głowy wspomnę choćby tegoroczny występ Gallena Ruppa w praskim maratonie).

Dodatkowym atutem jest odległość stolicy kraju ołomunieckiego od mojego miejsca zamieszkania. Droga (przebyta z resztą w całości autostradą) to tylko około 130 kilometrów, a więc mniej niż gdybym wybrał się do Wrocławia na Nocny Półmaraton, z którego notabene zrezygnowałem właśnie na rzecz Czech. Z resztą Olomouc Half Marathon też rozgrywa się wieczorem, zapowiadał się naprawdę dobry klimat…

Prognozy mówiły, że będzie chłodno – raptem kilkanaście stopni, duże zachmurzenie i możliwe opady deszczu. Cieszyłem się, bo to dobre warunki do ścigania. Gorzej ze spacerowaniem po mieście. Dzięki bieganiu staram się poznawać nowe miejsca. Co prawda nie nastawiam się na turystykę i zwiedzanie, żeby w miarę możliwości oszczędzać się przed startem, ale i tak zawsze można zobaczyć kawałeczek świata i zapisać w pamięci nowe obrazki.

Przed bardzo dobrze oznaczoną halę, w której odbywało się EXPO, dotarliśmy wczesnym popołudniem (wydawanie pakietów startowych do 15:30, start biegu głównego 18:30). Budynek EXPO to “Výstaviště Flora Olomouc” – na mój chłopski rozum “Miejska wystawa kwiatowa”. I faktycznie obok usytuowany jest park z ciekawym deptakiem, wzdłuż którego rósł kolorowy dywan.

W hali nie zagościliśmy długo, wytyczone jednokierunkowe alejki prowadziły do stanowisk odbioru numeru startowego i sprezentowanego przez organizatorów worka na drobiazgi (można było wybrać jeden z czterech kolorów, więc moim sprawnym angielskim z akcentem pakistańskim, poprosiłem o JELOŁ :D). Rzut oka z antresoli na stanowiska wystawców i pamiątkowe zdjęcie na ściance. Gdyby nie biegowe gadżety można by mieć wrażenie, że jesteśmy na konkursie tanecznym. Można kupić dużo strojów a na scenie pary prezentowały jakieś tańce latynoamerykańskie.

Hala EXPO widziana z antresoli

IDZIEMY NA RYNEK! To tam jest miejsce startu/mety. Wszystkie konstrukcje łącznie z bramą startu czy trybuny jeszcze nie były gotowe, to chyba też wpływa na dobrą ocenę biegu, bo nie dezorganizuje tak życia mieszkańcom. Hmm… Mieszkańcom, których nie widać. W ogóle cały czas miało się wrażenie, że miasto jest opuszczone lub wysiedlone. Pustka, dziwne. W dodatku zimno i wietrznie, odechciewa się spacerów, pozostaje kawa na rynku, czekanie i mały rekonesans najbliżej okolicy, dlatego jedyne co mogę napisać, to to, że Ołomuniec ma ładny rynek (właściwie jakby dwa rynki), ładne kamienice i zapewne kilka miejsc wartych odwiedzenia, ale tylko o nich przeczytałem. Co do biegu – ponownie wszystko dobrze oznaczone.

Tu nie da się zabłądzić

Jeśli ktoś czytał mój wpis o planowanych startach w 2018 roku, to może pamięta, że w Ołomuńcu spodziewałem się wyniku w okolicach 1:27’00” (zakładając, że nic nie przerwie trybu treningowego). Niestety miałem przecież prawie miesięczną przerwę w kwietniu/maju i po czeskim półmaratonie nie spodziewałem się zbyt wiele, chociaż jestem już w dobrej kondycji. “Ale gdzie mi tam do mojej formy z wiosny 2017 r., gdzie naprawdę byłem w gazie i na Półmaratonie Marzanny w Krakowie wykręciłem 1:26’24”!” – myślałem, za co zganiła mnie Narzeczona, że skoro mam takie podejście, to po w ogóle startować. “Niby ma rację, sama przecież biegała (Tak, tak! Moja Narzeczona zdobywała nawet puchary a ja to, cholera, mam tylko pamiątkowe blaszki :P), ale wiem jak się teraz czuję – to niemożliwe żeby po tak krótkim trenowaniu myśleć o “jeden-dwadzieścia pięć”.  Podczas KAŻDEGO mojego biegu daję z siebie ile mogę w danym dniu. Teraz też miałem taki zamiar, ale po prostu o życiówce mowy nie było. Na chwilę złapałem zasięg Wi-Fi i wtedy napisał Jacek. To On konsekwentnie prowadzi mnie do coraz lepszych wyników i to się udaje. Pisał, że zazdrości, że tam jesteśmy (też miał brać udział), jaki czas mam zrobić i zakładane tempo odcinków. Mocno się zdziwiłem, zaśmiałem, ale też uwierzyłem. Czekał z tą wiadomością do ostatniej chwili, chyba właśnie po to. Jak widać, dopiero jak oboje wzięli mnie w kleszcze, to trybik w mojej głowie przeskoczył. Siła złego na jednego. 😛

Drugi rynek – miasteczko biegaczy

Stanąłem w strefie startowej “A”, czyli tuż za elitą – do tego predysponują mnie moje rekordy. Strefy bardzo skrupulatnie sprawdzane przez wolontariuszy, nie ma mowy o mieszaniu zawodników. Stanąłem w 7-8, może 10 rzędzie. Było głośno, były kamery telewizyjne (swoją drogą to bardzo fajne, że Czesi transmitują biegi w otwartych kanałach sportowych), spikerskie zapowiedzi po czesku, angielsku i… polsku.

Ruszyłem! Kilometry mijały wzorowo i bardzo szybko (pierwszy 3:51 min/km, po którym stwierdziłem, że stabilizuję na 4:00). Według zegarka pierwsze 5 km w 19’53”, pierwsza “dycha” to równe 40 minut (oznaczenie 10 km mijałem po 40’24”). To puste miasto, o którym pisałem wcześniej, zmieniło się diametralnie. Kibice towarzyszyli na całej trasie, miejscami były to wręcz tłumy dopingujących osób! Jedyna niedogodność to silny wiatr. Chociaż trasa wiodła w różnych kierunkach, to wiatr zawsze wiał w twarz. Trzeba było się z tym uporać, a ciężko było mi się schować za innymi biegaczami. Nie tworzyły się grupki, a jeśli już, to gdy próbowałem do nich zlepić – te nie trzymały tempa.

Międzyczasy

Trasa różnorodna. Nie chodzi mi o profil, bo nie było żadnego podbiegu (niewielki przed metą), ale biegłem przez stare miasto, pomiędzy biurowcami, przez osiedla między blokami i poza centrum wzdłuż rzeki, obok ogródków działkowych i pól. Ten ostatni wspomniany odcinek bardzo przypominał mi Wings for Life, był to 9. kilometr. Mniej więcej wtedy zobaczyłem idącą czarnoskórą zawodniczkę elity – zrezygnowała. Mi biegło się bardzo dobrze, równe tempo, na każdym punkcie odżywczym sięgałem po łyk wody.

Na początku pisałem o parkowym deptaku i właśnie tamtędy przebiegała trasa, konkretnie 15. kilometr. Jedyne, co mogę powiedzieć to: OGIEŃ! Ogień kibiców, okrzyków i muzyki – niosło barrrdzo!

Tymczasem ja już wiedziałem, że nic złego się nie stanie, że nie będzie żadnego kryzysu. Po prostu to wiedziałem, choć do mety zostało 5-6 kilometrów. Co prawda był jeszcze odcinek, gdzie wiatr stawiał mnie do pionu, ale oprócz tego, że nie mogłem wtedy szarpnąć tempa jakbym chciał, to nic sobie z tego nie robiłem. Był to 19. kilometr i tam chciałem zacząć finiszować, ale skoro się nie dało to przeciągnąłem ten moment o kilometr później.

Wbiegając na stare miasto myślałem tylko, żeby się nie przewrócić lub nie poślizgnąć na wybrukowanej dużymi kamieniami ulicy, a w moim odczuciu zamiatałem nogami naprawdę szybko. Ukazała się meta, światła, zegar na którym widziałem 1:24:XX. I JEST! Jest życiówka (po weryfikacji 1:24’44”)! Można powiedzieć tak z niczego. Tak z niczego 140. miejsce OPEN na 4332 osoby na mecie, a spośród 79 Polaków byłem trzeci! 🙂

Zacząłem rozglądać się za Wandą, ale nie widziałem Jej w umówionym miejscu. Cóż, szkoda, ale liczyłem się z tym, że może czeka w samochodzie. Jest zimno, wieje wiatr i w ogóle takie imprezy to są nudne i… wtedy ukazała się Ona! Takich emocji nie miewa cię na co dzień! Po prostu się trochę rozpłakałem ze szczęścia! Życzę każdemu takiej chwili!

Jupii!

Szybkie zdjęcie. Jedno, drugie, trzecie. Wskoczenie w “cywilne” ubranie i do domu. Zrobiłem swoje i nawet nie korzystałem z pobiegowych atrakcji w strefie afterparty. Dopiero w galerii foto widziałem, że serwowali “klobase a pivo” i były jakieś tam atrakcje. Nieistotne, wspominam o tym dlatego, bo jeśli ktoś by się zastanawiał nad startem w Ołomuńcu to… Tak, jest tam sporo atrakcji!

Warto wybrać na czeskie biegi z serii Runczech. O tej lidze muszę zrobić osobny wpis. Chętni?

Medale od Runczech bardzo mi się podobają!

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.