Wyjść z uśmiechem z Kotła Czarownic – Bieg Wiosenny

Początek tego wpisu będzie emanował moją pewnością siebie, dla niektórych może nawet będzie trącał pychą, co może odrzucać. Mimo to może warto będzie przeczytać tę relację z Biegu Wiosennego z metą na Stadionie Śląskim.

O co więc chodzi z tym odpychającym początkiem? Mając już pewność startu w ww. biegu mówiłem głośno i wprost, że jadę po nowy rekord życiowy na 10 km. Nie dopuszczałem innej możliwości, po prostu wiedziałem, że od strzału startera będzie dzielić mnie niecałe 40 minut od nowej “życiówki”. Dla jednych arogancja, dla innych czysta sportowa pewność siebie. Tak, pewność siebie to bardzo ważna i przydatna cecha w sporcie, tak jak i w życiu, a moje podejście nie było bezzasadne. Patrząc na moje wyniki na innych dystansach, mój rekord na 10 kilometrów wypadał blado (39’50”) i był już nieco zakurzony. Wybiegałem go w końcu aż we wrześniu 2017 roku podczas Jastrzębskiej Dziesiątki. Od tamtej pory wiele się zmieniło i aktualnie podczas każdego treningu w drugim zakresie osiągam lepszy czas. Parafrazując klasyka polskiej komedii: Świat poszedł do przodu, pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty. Ale co z tego, jeżeli Majo na dychę wciąż po tyłach. 😉

Jechałem po prostu to zmienić, ale ważniejsze dla mnie było ustalenie średniego tempa biegu, jako punktu wyjściowego do Półmaratonu Marzanny.

Wybór Biegu Wiosennego przez długi czas nie był dla mnie taki oczywisty. Miałem dwa kryteria w doborze zawodów: dystans 10 km oraz atest PZLA. Optymalnie chciałem startować o tydzień wcześniej, jednak żaden bieg nie spełniał tych “wygórowanych” wymagań. Bieg w Parku Śląskim to jedna z największych i najważniejszych imprez biegowych na Śląsku. Odstraszał jedynie urozmaiconym profilem trasy. Zwycięzca sprzed roku mówił z przymrużeniem oka, że bieg ten śmiało można zaliczyć do kategorii górskich. Zapowiadało się ciężko.

Początek marca przyniósł bardzo silny wiatr, jeszcze na dzień przed startem, podczas treningu podmuchy stawiały mnie do pionu, wizja walki z takimi warunkami mogła wypaczyć cały bieg i odpowiedź na pytanie, w jakim naprawdę jestem miejscu przed startem docelowym zostałaby bez echa.

Można powiedzieć, że do Katowic jechałem z grupką wsparcia. Towarzyszyła mi oczywiście Wanda, a z uwagi na Jej zaawansowany błogosławiony stan była z nami jeszcze moja mama. To był jej pierwszy raz na biegu, pierwszy raz widziała mnie w akcji! 🙂 Jakby nie patrzeć, łącznie z maleństwem była nas już czwórka. Czwórka plus pies. 😀

Grupa wsparcia 🙂

Udało się zaparkować przed samym Stadionem Śląskim, w którym zlokalizowana została meta. To na wielu biegaczy, kibiców i postronnych osób zadziałało pewnie jak magnes. Cieszyłem się, że będę wbiegał do tego odbudowanego, pięknego i ogromnego obiektu (widziałem go już z każdej strony w dzień otwarcia, w październiku 2017 roku, jako kibic Silesia Maratonu), cieszyłem się też, że na trybunach będą mogli zasiąść moi najbliżsi.

Stadion Śląski w pełnej okazałości. Fot. A. Kaźmierczak – Foto Stories by AK

Idąc odebrać pakiet startowy okazało się, że jednak nie będą mogli… z uwagi na naszego yorka. Szkoda, bo wewnątrz wszyscy mogliby się skryć przed podmuchami wiatru, czy ewentualnym deszczem, ale rozumiem procedury i pan z ochrony dobrze wykonywał swoją pracę.

Brak przejścia. Fot. A. Kaźmierczak – Foto Stories by AK
“Z tą bestią to pani tu nie weeejdzie” 😉 Fot. A. Kaźmierczak – Foto Stories by AK

Pakiety wydawane były w jednym z dużych pomieszczeń zaplecza obiektu. Wpadłem tam dosłownie na moment, nie czekałem w kolejce i jako tako nie mam zastrzeżeń. Interesowało mnie tylko odebranie numeru i tyle.

Oddaliliśmy się kilkadziesiąt metrów dalej, w spokojne miejsce, bym mógł zrzucić wierzchnią warstwę ubrania i zacząć rozgrzewkę. W tym momencie najbardziej szkoda mi było Wandy i mamy, bo chociaż One same mówiły, że nie jest im aż tak zimno, to uwierzcie… ciepło też nie było jak na… Bieg Wiosenny. Całe szczęście wiatr zelżał i nie było śniegu – można nawet powiedzieć, że warunki do ścigania były optymalne.

Na mniej niż pół godziny przed startem poszliśmy pod bramę główną stadionu, gdzie czekała już ekipa Klubu Biegacza Fartlek z przyjaciółmi. Nie mogło zabraknąć pamiątkowej fotki.

Na 20 minut przed startem zacząłem dynamiczną rozgrzewkę i niestety dość szybko musiałem pójść w miejsce startu. Niestety, bo nie zostały wyznaczone strefy startowe dla zawodników. W tłumie istny misz-masz, czołowi zawodnicy wymieszani z tymi słabszymi. Nie uważam się za topowego biegacza, nie jestem nim, ale wiedziałem, że żeby uzyskać przyzwoity wynik muszę stanąć w miarę z przodu. Udało się. Brak stref to poważny minus biegu na tym poziomie organizacyjnym.

Przed startem. Fot. A. Kaźmierczak – Foto Stories by AK

Przywitałem się jeszcze z Alkiem, zawodnikiem na wózku (https://www.facebook.com/helpforalek). Nie wiem ile ten gość zalicza biegów każdego roku, chyba nawet nie dałbym rady policzyć 🙂

Po krótkim wstępie spikera, pistolety startowe w dłoń wzięli goście honorowi – marszałek województwa śląskiego oraz wiceminister energii. Gdzieś ponad głowami udało mi się dostrzec moje “kibicki”. Wanda też mnie zobaczyła, pomachaliśmy sobie.

Punkt 10:00 – START!

Pierwsze metry prosto i lekko w dół, wszyscy nabrali tempa. Zaraz później trzy lub cztery zakręty i niewielkie zwężenie. Tu było dość ciasno, trzeba było mocno zwolnić, pierwsze osoby, które przeszacowały swoje miejsce na starcie zaczęły zwalniać. Później już zrobiło się szerzej i swobodniej, można było ustabilizować tempo.

Do 4. kilometra pod górkę, raz bardziej, raz mniej, ale cały czas w górę. Już sprawdzając mapę wiedziałem, że pierwsza część trasy ma kluczowe znaczenie dla całego biegu. Jeśli uda się to przetrwać, to później będzie zbieg i bieg po równym.

Pierwszy kilometr – 3’51”, kolejny dziesięć sekund lepiej, trzeci najtrudniejszy 3’55”. W głowie myśli, że jeszcze tylko trochę i będzie w dół. Przetrwałem! Mało tego, wyprzedzałem kolejne osoby. Na niewielkim zbiegu złapałem głębszy oddech, ale o odpoczynku nie było mowy. Przeciwnie – trochę docisnąłem i Garmin wyświetlił tempo piątego kilometra na poziomie 3’36”.

Ominąłem punkt nawadniania, szkoda tracić cenne sekundy by sięgać po kubek z wodą i pić. Zbyt dużo już straciłem na samym początku.

Nawrót przy wesołym miasteczku to najdalej wysunięty punkt od miejsca mety, od tej pory mknąc Aleją gen. J. Ziętka było już widać powiększający się z każdym krokiem Stadion Śląski.

Jeśli ktoś był w “śląskim Central Parku” powinien kojarzyć wysoką figurę żyrafy, dobiegając do niej i okrążając ją, dopadł mnie mały kryzys. Czując ścisk żołądka miałem po prostu ochotę zejść z trasy i, przepraszam, zwymiotować. Całe szczęście udało się to opanować i zbliżałem się do miejsca, w którym się przebierałem przed biegiem. Gdzieś w tych okolicach spodziewałem się mamy i Wandy. Biegłem w bardzo rozciągniętej i przerzedzonej grupie i faktycznie już z daleka je zauważyłem, One mnie też. To wydobyło ze mnie dodatkowe pokłady siły, chociaż chyba nawet się do nich nie uśmiechnąłem. Mam za to zdjęcie zrobione przez narzeczoną. 😀

Jak Narzeczona zrobi zdjęcie to nie ma #### we wsi. 😀

Stały w bardzo dobrym miejscu, 2 kilometry przed metą. Tak jak już napisałem, dodało mi to energii i przysłużyło mi się o wiele bardziej, niż gdyby siedziały na trybunach Śląskiego.

Czekała mnie jeszcze jedna agrafka i podbieg pod sam stadion. Właśnie ten ostatni fragment wysysał moje siły i chociaż po średnim tempie tego nie widać, to delikatnie zwolniłem żeby się nie wypalić na finiszu. 3’46”; 3’44”; 3’42”; 3’42” to poszczególne międzyczasy drugiej połowy biegu.

Wbiegam do tunelu wprowadzającego do wewnątrz Kotła Czarownic! Ciemność i nagle ukazał się ten piękny, błękitny gigant.

Właśnie tak wbiegało się na Stadion Śląski! Fot. A. Kaźmierczak – Foto Stories by AK

Z tej perspektywy wygląda bardzo ciekawie i tylko żal, że nie był wypełniony po brzegi. Podczas jego otwarcia, na mecie Silesia Maraton było duuużo ludzi, było głośno, był duży doping – to dopiero musiało być wrażenie! Tutaj zapełniony był jeden, może dwa sektory. Ale nie ma co narzekać, bo i tak jest pięknie! Wbiegłem na bieżnię, by pokonać ostatnie ok. 100 metrów. Po tartanie gnałem już chyba jak błyskawica. Gdy na mecie zatrzymałem mój zegarek, zobaczyłem 37’49”! Nie wierzyłem zbytnio, że będę w stanie zejść poniżej 38 minut, a jednak udało się! Co prawda trzeba poczekać na oficjalny wynik, ale nie sądzę żeby miał on się dużo różnić.

Kocioł w pełnej okazałości. Fot. A. Kaźmierczak – Foto Stories by AK

Na chwilę usiadłem na bieżni, moment odpoczynku i wypięcie chipa z buta. Nie napawałem się jakoś szczególnie miejscem, w którym jestem. Wolałem jak najszybciej pochwalić się wynikiem Wandzie i mamie. Ze stadionu wybiegłem prosto w miejsce, w którym mi kibicowały. Przytuliły i pogratulowały – to było bardzo miłe uczucie 🙂 Dopiero wtedy na spokojnie obejrzałem medal, zrobiliśmy kilka zdjęć na tle biegnących jeszcze ludzi.

Po chwili przyszedł SMS z potwierdzeniem wyniku:

“Twój czas: 00:37:50. Miejsce w klasyfikacji OPEN: 48.”

Kolejna radość, TOP50 w takim dużym biegu, gdzie przyjechało się sprawdzić tak wielu dobrych zawodników? WOW!

Teraz już mogliśmy wsiąść do samochodu, pojechać na obiad i spędzić razem całe popołudnie. To był dla mnie naprawdę udany Dzień Mężczyzny. 🙂

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.