Ciasto za podium? Wchodzę w to! II Bieg Po Święcelnik.

Udział w tym biegu to była dość spontaniczna decyzja. Świadczy o tym chociażby to, że zapisałem się już po oficjalnym terminie przyjmowania zgłoszeń, bezpośrednio u organizatora. Pierwsza edycja tylko obiła mi się o uszy, wtedy też po raz pierwszy usłyszałem o święcelniku. Tym razem postanowiłem spróbować… i biegu, i tego wypieku.

Jak już zdradziłem – święcelnik to rodzaj ciasta. Drożdżowy placek z nadzieniem… mięsnym, takim jak swojskie kiełbasy czy wędliny. Wypiek ten to tradycyjna potrawa przygotowywana przed Wielkanocą. “Specjał rodem z Połomii” a jego historia sięga już podobno 700 lat wstecz!

Połomia należąca do gminy Mszana, graniczy z Jastrzębiem i to też skłoniło mnie do startu. Bardzo blisko, wybrany przeze mnie dystans 5 km (była jeszcze 10 kilometrowa trasa) powinien zająć mało czasu, a to ważne by nie narażać na zbytnie zmęczenie mojej ukochanej przyszłej mamusi. 🙂 Wybór krótszego dystansu dyktowany był również jeszcze niedoleczonym “achillesem” i samym rodzajem trasy – to nie był bieg uliczny.

I to w sumie ciekawa historia, bo biegi crossowe, czy przełajowe (zwał jak zwał) mnie nie interesują, a mimo to zdarza mi się skusić, kiedy akurat nie dbam o tempo biegu a przy okazji może zajmę dobrą pozycję. Nieliczne tego typu przykłady to żorski bieg ku pamięci Żołnierzy Wyklętych (2016 i 2017) oraz tegoroczny Bieg “Policz się z cukrzycą” dla WOŚP w Wodzisławiu Śl.

Wracając do opisywanego wydarzenia. Właściwie w jednym czasie przyjechało dość liczne grono Klubu Biegacza Fartlek, którego mam przyjemność być częścią. Przywitaliśmy się, chwilę porozmawialiśmy i przy okazji rozdałem zamówione wcześniej klubowe koszulki. Nie trwało to długo, bo oddaliłem się na swoją rozgrzewkę.

Bieg sprawiał wrażenie bardzo kameralnego, trochę ponad 120. zawodników, scena, OSP, boisko, w pobliżu kościół, przygotowany do poczęstunku przez Koło Gospodyń Wiejskich święcelnik. Swojsko – to chyba najodpowiedniejsze słowo i to w pełni pozytywnym znaczeniu! Dużym plusem stoły pod zadaszoną wiatą, a na nich termosy z gorącą herbatą i kawą. Chociaż szczęśliwie trafiliśmy w okienko pogodowe, to kibicom te napoje zapewne się przydały i podczas, gdy ja się rozciągałem i robiłem przebieżki, Narzeczona mogła raczyć się ciepłą zbożówką.

I poszliii! Fot. A. Kaźmierczak – Fotostories by AK
Fot. Jasnethttp://www.jasnet.pl

Ustawiłem się w drugiej linii a wystartował nas wójt gminy Mszana. Początek asfaltowy, ostro pod górę. Wysunąłem się na pierwszą pozycję. Wypłaszczenie, biegnę pierwszy lecz wiem, że pół kroku za mną jest przynajmniej jeden zawodnik. Zaczęło się badanie rywali. Wydaje mi się, że narzucone tempo nie jest mocne (dopiero po biegu okazało się, że było) i po prostu biegniemy tak, jak przeciwnik pozwala. Koniec asfaltu był początkiem bardzo nierównej, utwardzonej drogi z wielkimi kamieniami. Wciąż jestem pierwszy, lub ramię w ramię z drugim, na oko sporo młodszym biegaczem. Nagle na środku pojawia się dość głęboki, wykopany dołek. Zdążyłem tylko krzyknąć “Uwaga!”, by ostrzec tych za nami. Zaraz później kolejny taki dołek. To było niebezpieczne. Zanim dobiegliśmy do końca wzniesienia grupa coraz bardziej się rozciągała, u góry rozwidlenie ze strzałkami. W lewo 5 km, w prawo 10 km. “Tu się okaże, gdzie tych dwóch czy trzech gości, którzy lecą ze mną pobiegną” pomyślałem. Pokazałem ręką, że biegnę w lewo i… oni niestety też. Pojawił się dłuższy odcinek w miarę płaskiej trasy, takiej dojazdowej do pól. Całe szczęście bez błota. Zawodnicy, którzy byli nieznacznie za mną, zmienili mnie na pozycji lidera. Odstęp między nami wynosił maksymalnie 1-2 metry. Robiliśmy roszady, można było odczuć, że wzajemnie badamy swoje możliwości. Nikt nie odpuszczał. Dobiegliśmy do drogi technologicznej biegnącej wzdłuż autostrady A1. Tu stromo w dół, w międzyczasie dobiegł do mnie czwarty zawodnik a pozostali dwaj nieco uciekli. Skoro było stromo w dół, to zaraz później kolejne, duuże wzniesienie i tam wszyscy się zrównaliśmy. Nasza czwórka i dłuugo, dłuugo nikt. Pewne było, że podium rozegramy między sobą.

Zaskoczeniem było, że pojawił się następny stromy zbieg a po nim podbieg. Cholera! I tu podobna sytuacja, z tym że “spadłem z pudła”. W pewnym momencie dzielił nas już dość duży dystans, ale o dziwo znów dogoniłem resztę i… w zakręcie wyszedłem na pierwsze miejsce!

Na trochę ponad kilometr przed metą nastąpił kluczowy moment. Zza pleców zaatakował biegacz z numerem 2. To było wyraźne, mocne szarpnięcie. Razem z drugim, młodszym rywalem (tym, o którym pisałem na początku) ruszyliśmy w pogoń. Za nami czwarty, lecz nie wytrzymał tak nagłej zmiany tempa. Dobiegliśmy do skrzyżowania, zarazem końcówki pętli. Teraz tylko kilkaset metrów do mety, w tym zbieg tym samym wyboistym odcinkiem z dziurami zaraz po starcie. Tu, pełny obaw o każdy kolejny krok, by nie złamać nogi biegłem pełnym ogniem (3’16″/km). Miałem już bardzo bezpieczną przewagę, ale też znikome szanse na drugie miejsce. Tak też zakończył się ten bieg.

Niebezpieczny zbieg na finiszu, ale bezpieczna przewaga. Fot. http://www.jasnet.pl

Od razu za metą podziękowanie za walkę dla/od zwycięzcy, zdobywcy drugiego i czwartego miejsca. Medal i gratulacje od wójta gminy Mszana no i oczywiście gorący uścisk i duży buziak z Narzeczoną. 🙂

META! Fot. A kaźmierczak – Fotostories by AK

Pozostało tylko czekać na dekorację a ta upłynęła bardzo, bardzo przyjemnie na rozmowach ze znajomymi z Klubu i nie tylko. Przemiłym akcentem była pogawędka ze zdobywcą czwartego miejsca, który powiedział, że obserwuje moją stronę i czytuje te relacje. To bardzo, bardzo cieszy! Pozdrawiam(y) i do zobaczenia na kolejnych biegach.

Graty, Stary! Fot. A Kaźmierczak – Fotostories by AK Nowiny.pl
Jest i ciacho! 😀

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.