Bieg na trójkę. Bieg dla Trójki! IX Jastrzębska Dziesiątka – relacja.

Jeszcze nigdzie nie brałem udziału w danym biegu aż tyle razy. Ale nie ma się co dziwić, Jastrzębska Dziesiątka to zawody w moim mieście i nie przesadzę jak napiszę, że jej trasa przebiega 150 metrów od mojego domu. Wstydem byłoby się nie pojawić, prawda? Byłem tam cztery razy, jestem i piąty, choć niewiele brakowało a odpuściłbym sobie ten bieg. O tym, że ostatecznie pobiegłem zadecydował dziwny splot wydarzeń.

Początkowo do tej rywalizacji zapisałem się zaraz po ogłoszeniu terminu biegu. Co prawda pakiety nie rozchodzą się aż tak szybko jak na jastrzębski bieg kobiet “Kobiety na 5+”, ale tu też trzeba się spieszyć. Widać biegacze lubią Jastrzębie-Zdrój, a Jastrzębie lubi biegaczy bo atrakcji, nagród, stoisk na “naszych” imprezach jest mnóstwo, do tego szybka, atestowana trasa – to przyciąga miłośników biegania.

Byłem optymistycznie nastawiony. Pomyślałem, że do startu jeszcze kilka miesięcy a ja niebawem wyleczę kontuzję i zdążę się przygotować na przyzwoity bieg. Może nie taki w granicach rekordu życiowego, ale taki by pomóc mojej ekipie z Klub Biegacza Fartlek zająć jak najlepsze miejsce w klasyfikacji drużynowej (wlicza się w to pięć najlepszych rezultatów, w tym minimum jeden osiągnięty przez kobietę).

Optymizm malał a zniechęcenie powodowane dwoma czynnikami rosło.

Po pierwsze:

Mijały tygodnie a ja wciąż nie mogłem powiedzieć, że mój “Achilles” jest w pełni sprawny. Standardem dla mnie jest, by stawać na starcie przygotowanym i dać z siebie wszystko, dlatego zaniechałem myśl o walce w Jastrzębskiej Dziesiątce.

Po drugie:

Informacja organizatorów o nietypowej formule startu. Ten podzielony na start kobiet, następnie mężczyzn a różnica pomiędzy dwoma wystrzałami startera miała wynosić dokładnie tyle, ile wynosi różnica rekordu Polski danej płci – dokładnie 3’47”.

Pomysł o tyle niecodzienny, co nielogiczny – pomyślałem. Miałem w głowie obraz mężczyzn, którzy z trudem będą musieli wyprzedzać panie z wolniejszych stref startowych, a które wystartowały chwilę wcześniej. Taka innowacja niepodyktowana dobrem sportu oddaliła we mnie kompletnie chęć startu.

Lecz przecież są jeszcze ONI – moja rodzina!

Jeśli mam już opłacony start, nie musimy nigdzie jechać, ja jestem w stanie przebiec ten dystans i nie muszę walczyć o żadne sekundy a moja Ukochana i nasz Syn mogą mi po raz pierwszy razem kibicować w miejscu, gdzie mieszkamy to łączy się to w taką spójną całość, że “trzeba” to wykorzystać!

Przyznam, że kompletnie nie przeżywałem tej soboty pod względem sportowym. Wanda przywiązywała większą uwagę, pytając co, ile i kiedy będę jadł. Mi było to obojętne, mógłbym pobiec z palącą zgagą, bo najważniejsze było, że będziemy tam razem. Że podczas biegu, czy zaraz po nim zobaczę Wandę i Tymka razem. Dla mnie to ważny moment, choć pewnie Maluszek nic z tego nie zapamięta. Cóż, będzie co opowiadać. 🙂

Popołudniem wybrałem się z #MalyMajo (jak o Tymoteuszu piszę w Internecie) po pakiet startowy. Do takiego małego spaceru zachęciła nas ładna, słoneczna pogoda. W Hali Widowiskowo-Sportowej pojawiliśmy się niedługo po otwarciu. Podczas odbioru numeru startowego wypatrzył nas fotograf, mamy więc pierwszą pamiątkę tego wydarzenia.

Odbieramy pakiet startowy 🙂 / Fot. Andrzej Klocek

Czas pomiędzy powrotem do domu a ponownym wyjściem na bieg minął bardzo szybko. Wyjście z dzieckiem gdziekolwiek to prawdziwa logistyka 😀 Dotarła jeszcze moja mama, by dotrzymać towarzystwa mojej familii. Jesteśmy w komplecie, idziemy!

Przed halą był już tłum ludzi. Ze względu na Timiego stanęliśmy trochę z boku, obserwując jednak zbierających się niedaleko naszych znajomych z Klubu Biegacza Fartlek. Byliśmy umówieni na wspólne przedstartowe zdjęcie. Całkiem spora, zielona grupa biegaczy. W większości jesteśmy stąd! Biegniemy tu! Patrzcie na nas! Dołączajcie do nas!

To Klub Biegacza Fartlek! / Fot. Andrzej Klocek

Przyszedł czas na indywidualną rozgrzewkę, do startu zostało około 25 minut. Gromadzi się naprawdę dużo ludzi, głośniej rozbrzmiewa muzyka zapraszająca do wspólnych ćwiczeń. Można powiedzieć – normalka na takich imprezach. Ale naszego Maluszka trochę to złości, naprędce w polowych warunkach pomagam przygotować mleko. Dostaję zielone światło żeby się rozgrzewać, jednak oddalam się z niepewnością. Tak, tak, to są te dylematy czy lepiej pomóc czy może niekoniecznie. 😉

Po chwili wracam, żeby zobaczyć co się dzieje ale jest OK. To był po prostu mały głód a w międzyczasie wita się z nami Jacek (tak, ten sam Jacek, który przygotowuje moje plany treningowe). To miło, że przychodzą nawet ci Klubowicze, którzy dziś nie biorą aktywnie udziału w biegu.

Jeszcze kilka serii po kilkadziesiąt metrów rozgrzewki i wystarczy. Pytam się kilku chłopaków z Klubu jak planują biec. Kilkoro na około 40-41′, dwóch na około 42’30” i właśnie pod nich postaram się podczepić. Może gdzieś pomiędzy te dwie grupki, mając na uwadze że gdzieś po drodze po prostu odpadnę. Ostatnie prawdziwe treningi wykonywałem w marcu a jest połowa września! Co prawda biegam “dychy”, ale z trudem przychodzi mi osiągnięcie 45 minut.

Strefa startu i… starter dla kobiet. Teraz czekamy prawie 4 minuty na sygnał dla nas. JEST! Ruszamy!

Postanowiłem nie zerkać na zegarek i po prostu biec tak, jak mnie poniesie. Nie walczę o życiówkę, nie muszę kontrolować czasu a odnośnikiem są koledzy z klubu. Szybsza grupka kilkadziesiąt metrów przede mną a ja opuściłem tych na 42’30”. Pomyślałem, że pewnie za jakiś czas osłabnę i mnie miną, ale dopóki biegnie się dobrze to lecę.

Po kilometrze zaczynam mijać żeńską grupę. W praktyce nie wyglądało to tak źle, jak sobie wyobrażałem. Nie trzeba było “przepychać się łokciami” czy krzyczeć “lewa wolna!”, ale faktem jest że nie przywiązywałem uwagi do traconych sekund czy jak najkrótszej linii biegu. Moja opinia o formule startu panów za paniami na końcu tekstu.

Sam bieg mijał płynnie, co nie znaczy że łatwo. Przypominam, że ostatnio dość rzadko wychodzę biegać i 10 km z trudem robię w trzy kwadranse. Teraz biegnę szybciej. Ile dokładnie? Nie wiem. Po prostu lecę aktualny max mając w głowie słowa Wandzi, która mi powtarzała, że nie ważne czy mam formę czy nie, to nie mogę się nastawiać po prostu na przebiegnięcie, tylko muszę walczyć o życiówkę (przyznam, że trochę mnie tym denerwowała i tłumaczyłem Jej, że o życiówce nie może być mowy NIE TRENUJĄC i żeby przestała to powtarzać 😉 ). Miała jednak rację, że w każdej sytuacji, jak już staję na starcie to powinienem biec ile sił. Tak też zrobiłem.

W kilku miejscach widziałem moich sąsiadów, którzy dopingowali – to bardzo miłe! W połowie dystansu zobaczyłem Wandę robiącą mi zdjęcie – super!

Mijały kilometry i chociaż miałem kryzysy to równo zbliżałem się do mety. Przed końcem dostrzegłem moich wspaniałych kibiców: Wandę trzymającą naszego syna, ten w zimowym kombinezonie jak mały ludzik Michelin no i moja mama. NAJLEPSI a widoku Tymka to chyba nie zapomnę 😀

Minąłem metę, niespecjalnie patrzyłem na zegar a swojego Garmina zapomniałem zatrzymać mając wystrzelony wprost we mnie obiektyw aparatu. Dopiero po długim czasie odebrałem SMS z wynikiem 41’17” – bardzo zadowalający. Przeszedłem tym moje najśmielsze oczekiwania co do dzisiejszego wieczoru.

Meta! / Fot. Andrzej Klocek

Dotarła rodzinka. Uściski, buziaki i… brak chwili na radość. Pochwyciłem tylko butelkę, termos i mleko żeby w toalecie przygotować mleko dla #malyMajo.

Dość komicznie musiało wyglądać, jak z dokładnością alchemika przygotowuję na umywalce dziwny roztwór używając do tego białego proszku. Jeden z biegaczy spytał się mnie nawet, czy z mojego kranu leci herbata, bo widzi że przyszedłem z termosem. 😀

Usiedliśmy na trybunach hali widowiskowo-sportowej. Tutaj zawsze po biegu panuje wielka feta. Dużo, naprawdę dużo dekoracji zawodników w przeróżnych kategoriach, następnie losowanie nagród spośród wszystkich uczestników. Zrobiliśmy jednak tylko pamiątkowe zdjęcie i wróciliśmy do domu. To był intensywny, ale dobry wieczór. Wieczór godny zapamiętania i odnotowania. Nasza trójeczka na biegu.

Oni są moją życiówką!
Bardzo ciekawy, obrotowy medal dedykuję rodzince. 🙂

Trochę prywaty i słowo dla znajomych. Szczerze chcieliśmy po biegu jak najdłużej zostać w hali. Tradycyjnie usiąść w klubowym kręgu, zamienić kilka słów, oklaskiwać biegaczy na podium, czekać na losowanie nagród. Musieliśmy jednak przede wszystkim wziąć pod uwagę dobro Tymka, który dawał znać, że wrażeń na dziś już wystarczy a godzina robi się późna. Jednocześnie bardzo nam było miło jak się z nami i z nim witaliście. W przyszłym roku pewnie wspólnie będziemy celebrować klubowy bieg.

Na koniec, tak jak obiecałem, w końcu napiszę moje przemyślenia odnośnie pomysłu oddzielnego startu kobiet i mężczyzn, w którym to kobiety ruszyły na trasę 3’47” wcześniej. Wyżej można było przeczytać o mojej pierwszej reakcji na tę wiadomość.

Przed biegiem nie komentowałem tego publicznie tego rozwiązania, choć w rozmowach ze znajomymi spotykałem się z podobnymi nieprzychylnymi reakcjami (i to zarówno kolegów jak i koleżanek ze środowiska). Wolałem poczekać na sam bieg, zobaczyć jak wyjdzie to w praktyce.

Generalnie nie wyszło źle, nie zauważyłem jakiegoś bałaganu z tym związanego, jednak:

Uważam to za czysty chwyt marketingowy. Bardzo medialne byłyby nagłówki mówiące o tym, że metę jako pierwsza przekroczyła kobieta. Przeanalizowałem jednak historię wszystkich wyników Jastrzębskiej Dziesiątki i niemal zawsze różnica pomiędzy pierwszą kobietą a pierwszym mężczyzną była większa niż rzeczone 3’47”. Niemal pewne więc było, że metę pierwszy mimo wszystko przekroczy mężczyzna… A nawet jeśli byłoby inaczej to i tak nie byłaby pierwsza w klasyfikacji OPEN. Jaki więc w tym cel? Sportowy raczej nie. Wszędzie organizatorzy biegów dwoją się i troją, by ich trasa była jak najszybsza. By temu pomóc wprowadzają szereg ułatwień, zwiększają przepustowość trasy, wprowadzają starty falowe zgodne z deklarowanym czasem (w większych biegach). Ogólnie przyciągają biegaczy szybką trasą dającą szanse na rekordy życiowe. Tutaj spore ku temu możliwości na dość szybkiej, atestowanej trasie zostały przynajmniej nieułatwione (lub nawet utrudnione). Siłą rzeczy próbując kogoś wyprzedzić narażonym się jest na utratę cennych sekund. Utrudnia to też bicie rekordu trasy, co przyciąga też tzw. Elitę.

Sam biegłem z innego powodu niż ten stricte sportowy. Chcieliśmy przeżyć takie wydarzenie wspólnie, rodzinnie i to się udało. Nie zwracając uwagi na uciekający czas nie napotkałem na problem po połączeniu się obydwu grup.

Reasumując. Z mojej perspektywy cały pomysł nie wypadł źle, ale gdybym miał urywać sekundy z życiówki, z żalem nie zdecydowałbym się na to, żeby było to “na moim terenie”. Mimo to impreza jak najbardziej udana i gratuluję wszystkim, którzy się do tego przyczynili. Znów zrobiliście to dobrze! Do zobaczenia za rok! 🙂

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.