Mały bieg wielkiej próby – Botaniczna Piątka Mikołów – edycja letnia – Relacja.

Choć podczas mojej kilkuletniej przygody z bieganiem uczestniczyłem już w wielu biegach, w dziesiątkach miast, na różnych dystansach, w kraju i zagranicą to tego dnia czułem się jak debiutant. Strój: kompletny; torba: spakowane; odpowiednie śniadanie; zaliczone; czas na dojazd i ogarnięcie na miejscu: sprawdzone. Jednym słowem norma.

Fotelik samochodowy, spakowanie sprawdzonego i nasmarowanego wózka biegowego, dodatkowy czas na małe śniadanko, zabranie dodatkowej torby pełnej niezbędnych gadżetów etc., etc. Takich rzeczy w dniu startowym jeszcze nie było i, żeby była jasność, sam bym wszystkiego chyba nie ogarnął. Trenujemy i startujemy jako Majo i #małyMajo, ale ten projekt to trzy osoby i Wandzia ma nieoceniony wkład w ten team. Bo team to rodzina a rodzina to team i każdy element musi po prostu działać.

Właśnie, napisałem “startujemy” i właśnie dzisiaj nadszedł ten długo oczekiwany dzień – pierwszy oficjalny start z synem w wózku!

Ten przydługawy początek miał na celu opisanie pewnej logistyki, która znacznie różni się od tej, kiedy to sam brałem udział w biegach ulicznych. A to tylko jedna strona medalu. Druga to ta niewiadoma – jak zareaguje #małyMajo na bieg w zupełnie innych warunkach, niż te które znał do tej pory? Mimo, że na wspólnym biegowym liczniku mamy już ok. 800 kilometrów, to przecież On nigdy nie miał okazji biec z tyloma innymi ludźmi, czekać na start wśród tłumu, słyszeć zapowiedzi spikera itd.

Dlatego, zanim wystartujemy na jakiejś dużej imprezie, opracowałem plan oswajania Syna z atmosferą panującą podczas biegów. Na początek coś krótkiego i kameralnego.

Botaniczna Piątka to seria biegów w sześciu różnych lokalizacjach na terenach ogrodów botanicznych, odbywająca się cztery razy do roku (podczas każdej z pór roku). Oczywiście na dystansie ok. 5 kilometrów.

Szczerze mówiąc, jeśli o nas chodzi, bieg trochę z przypadku. Rok 2020 wciąż pisany jest pod znakiem pandemii koronawirusa i organizacja imprez masowych jest wręcz uniemożliwiona a z kalendarza wykreślane są kolejne biegi. Jeszcze wiosną, śledząc sytuację, wychodziło na to, że jedyną okazją sprawdzenia jak działa nasz duet (a właściwie trio) będzie wiosenna edycja Botanicznej Piątki. …I ta jednak nie doszła do skutku.

Po jakimś czasie pojawiła się szansa na to, że edycja letnia już się odbędzie. Skontaktowaliśmy się z organizatorami, dostaliśmy pozwolenie na wspólny start, wszystko szczęśliwie się udało i możemy cieszyć się namiastką normalności i sportową rywalizacją. Trzeba brać, co jest, bo okres biegania z dzieckiem jest stosunkowo krótki a ja chcę go wykorzystać na maxa. Covid-19 próbuje nam odebrać te bezcenne wspomnienia.

Śląski Ogród Botaniczny to urokliwe i spokojne miejsce na obrzeżach tegoż miasta, utrzymane w naturalnej konwencji, bez zbędnej ingerencji ludzi. Czysta natura poprzecinana alejkami. Takie odniosłem wrażenie. Punktem centralnym jest budynek PAN wraz z wieżą widokową i restauracją. Budynek ten mieści się na szczycie wzniesienia a idąc do mieszczącego się tam mini-biura zawodów, uświadomiłem sobie, że pokonujemy fragment trasy biegu. Dodam, że stromy fragment. Rozglądając się wokół, uświadomiłem sobie, że to nie będzie płaski i łatwy bieg.

Brak wcześniejszego rekonesansu świadczy tylko o tym, że nie czas, nie wynik, nie zajęte na mecie miejsce, ale próba oswojenia z klimatem tego młodego człowieka, którego miałem obok siebie, jest dla mnie najważniejsze. Co nie znaczy oczywiście, że mam zamiar się oszczędzać 🙂 Jeśli już startuję, to po to, by wycisnąć z siebie ile się da w danym dniu.

…O ile dojdzie do startu.

Mamy obok siebie mocną grupę wsparcia w osobach dwóch babć i ojca chrzestnego z ciocią. Na ten widok, i w połączeniu z całkiem sporą grupą innych ludzi, #malyMajo chce do Mamy (cóż, taki “maminy” okres). Od strzału startera dzielą nas minuty, nieciekawie.

Odbiegamy w inne miejsce, moja rozgrzewka plus zainteresowanie jedną z latarni (:D) przynosi efekt i uspokojenie. Do startu około 2 minuty, zbliżamy się do miejsca, gdzie rozpoczyna się bieg i… znów marudzenie a próba podania bidonu tylko pogarsza sytuację. W głowie mam myśl, że ten bieg skończy się zanim się zacznie, ale odchodzimy na sam koniec stawki a ja pokazuję arcyciekawy przedmiot w postaci… żagla-flagi reklamowej Botanicznej Piątki i już jest dobrze 😀

Start z ostatniego miejsca, dobre kilka sekund za wszystkimi.

W tle słyszę odliczanie do startu. Odwracamy się i… zaczynamy z ostatniego miejsca. Teraz ogień! Ogień, bo to prawdziwy żywioł #malegoMajo! Nagle słychać piski, śpiewy i widać machanie nogami. To jest to! A ja… Ja próbując wyprzedzać innych biegaczy już wiem, że “młody zaskoczył” i teraz możemy gnać przed siebie.

Oprócz tego, że do pokonania mamy 5 km, o trasie Botanicznej Piątki wiedziałem tyle, że ten dystans będziemy pokonywać na trzech pętlach. Przy wyborze biegu był to niewątpliwie atut zarówno dla mnie (będąc zmuszonym do przerwania, będziemy bardzo blisko startu/mety no i Mamy), ale też dla Wandy, która co kilka minut będzie mogła sama zobaczyć, czy wszystko jest OK. Wiedziałem też już tyle (idąc po pakiet startowy), że droga do mety to masakryczny podbieg, z którym trzeba się te trzy razy zmierzyć.

Bardzo szybko się okazało, że podbiegów było o wiele więcej. Śmiało mogę napisać, że trasa składa się z samych podbiegów i zbiegów, parkowe alejki są wąskie, mają ostre zakręty, zachodzą na nie gałęzie krzewów i zbudowane są z tego rodzaju kostki brukowej, która nie należy do tych płaskich, tak więc niezły sprawdzian bojowy przeszedł też nasz Thule Glide 2.

Profil trasy zarejestrowany przez mój zegarek.

Końcówka pierwszej pętli, czyli jedyny znany mi podbieg na którego końcu zgromadzeni są kibice, w tym oczywiście nasza grupa wsparcia. #malyMajo śpiewa, otrzymujemy brawa i zbieramy miłe okrzyki. To daje siłę na drugą pętlę w tym 30-stopniowym upale!

Tak, to TEN podbieg.

Drugie okrążenie jest o tyle łatwiejsze, że wiem gdzie przycisnąć a gdzie będzie czas na odpoczynek (choć to słowo użyłem nad wyraz – zbiegi w tych warunkach i na tych zakrętach to ciągła walka z utrzymaniem się w trasie, operowaniem hamulcem i utrzymaniem równowagi). Po ciągłym wyprzedzaniu kolejnych biegaczy, udaje się dobrnąć do końcówki pętli. Kibice wciąż dają nam chyba największy doping, a ja skupiam się tylko na tym żeby pchać dalej ten wózek (dosłownie i w przenośni) i żeby dobrnąć jakoś do końca. Staram się sprawiać wrażenie, że nie jest aż tak źle, odpowiadając krótko i z humorem zgromadzonym fanom. Prawda jest taka, że kolka, która łapie na tym podbiegu, mija dopiero w okolicach połowy okrążenia!

Zaczynamy ostatnią pętlę i na jednym z podbiegów nie daję już rady (tylko ktoś nie znający specyfiki biegów powie, że przecież 5 km to “żaden” dystans skoro biega się maratony), przechodzę do marszu na jakieś kilka, kilkanaście sekund, by wziąć głębszy oddech. Staram się jednak szybko otrzeźwieć i zbieram się do ponownego biegu.

Ostatniej prostej, tej najgorszej, zwyczajnie nie pamiętam. Nie wiem, gdzie stały babcie, wujek z ciocią itd. Wiem tylko, że bijąc brawo podbiegła do nas Wanda i wspólnie przekroczyliśmy metę. 21’59”

Wspólne przekroczenie mety!

Bardzo miłym i zaskakującym gestem organizatorów było wręczenie medalu zarówno mi, jak i #malemuMajo. Wcześniej obiecałem, że wszystkie zdobyte wspólnie będą Jego, a jednak nie będę musiał Mu go oddawać. Rzeczywiście ma swój własny! Dziękujemy!

Upadłem na ziemię, w miarę wyrównałem oddech i wszyscy poszliśmy odpocząć na dziedzińcu budynku restauracji. Jeszcze długo tak trzęsły mi się ręce, że nie byłem w stanie zrobić porządnego pamiątkowego selfie. 😉

Choć nie spodziewałem się niczego wielkiego, poszedłem sprawdzić oficjalne wyniki i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się że zajęliśmy 15. miejsce OPEN oraz 4. w kategorii M30! Niesamowite osiągnięcie, biorąc pod uwagę start z ostatniej pozycji! WOW! Ahh… co by było, gdyby #malyMajo pozwolił zacząć bieg gdzieś z przodu…

Najważniejsze jednak są wyciągnięte przez nas doświadczenia i wnioski – przed startem Mama i rodzina gdzieś w oddali, żeby nie peszyć młodego biegacza, ograniczyć do minimum czas oczekiwania na start a powinno być dobrze. Czas na kolejną próbę, tym razem na dłuższym dystansie. Już niebawem. 🙂

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.