Gorrrący Bieg do Słońca – Relacja.

Ci, którzy śledzą moje (a właściwie nasze – bo recenzja dotyczy wspólnego startu z #malymMajo w wózku) treningi, lub czytali poprzednią recenzję z mikołowskiej Botanicznej Piątki (tutaj) wiedzą, że mamy plan startów oswajający naszego syna z biegami masowymi przed pierwszym poważnym biegiem docelowym.

Na nasze nieszczęście, w tym roku ciężko w ogóle mówić o biegach MASOWYCH. Organizatorzy są wprost uziemieni z powodu restrykcji narzuconych przez władze, co za tym idzie wybór imprez jest ograniczony prawie do zera. Prawie! I to jest nasze szczęście w nieszczęściu.

Wspomniany pomysł na oswajanie się z atmosferą biegów, nazwijmy to, ulicznych, polegał nie na wybraniu konkretnych startów w konkretnych miastach, ale był bardziej skonstruowany pod stopniowe zwiększanie dystansu.

Najpierw było powyższe 5 kilometrów poprowadzone na trzech pętlach – idealne rozwiązanie zarówno, by potrójnie uspokoić Mamę, że wszystko jest dobrze, jak i dla mnie, by w razie fiaska przerwać blisko mety. 😉

Drugi etap to miał już wnosić coś więcej i dla #malegoMajo, jak i dla mnie. Dla Niego dłuższy dystans z rywalami w nowym środowisku. Dla mnie względnie miarodajna trasa, na której mógłbym sprawdzić, jakie tak naprawdę mogę trzymać tempo, pchając wózek. To była wielka niewiadoma – treningi bez rywalizacji przecież tego nie pokażą.

Od razu w oko wpadł mi Bieg do Słońca – bieg, o którym wcześniej nie słyszałem, a jak się okazało ma już długą bo 12-letnią tradycję a współorganizowany jest przez cenionego w środowisku, ultramaratończyka Augusta Jakubika (www.augustjakubik.pl). Dystans: 10 km (bez atestu), lokalizacja: główne arterie Parku Śląskiego (dobra na sprawdzian tempa), 2 pętle również pomogą w komunikacji z Mamą lub w razie ewentualnych kłopotów. JEDZIEMY!

Pominę już fakt domowego pakowania i przygotowania wyjazdu na daną godzinę. W tej konkurencji puchar i medal bezapelacyjnie należą się Wandzie, która w drodze do Chorzowa przyznała mi się, że dopada Ją przedstartowy stres, kiedy startuję z Tymoteuszem. Ja natomiast te typowe zazwyczaj nerwy… przechodzę bezobjawowo. 😉 Pewnie dlatego, że zarówno przed pierwszym startem, jak i przed tym nie zakładam z góry czasu, jaki chcę osiągnąć na mecie. Powtarzam – te biegi mają na celu głównie zapoznanie #malegoMajo z atmosferą imprez.

Na teren Parku Śląskiego wjeżdżamy od strony stadionu zwanego Kotłem Czarownic, przy którym parkujemy. Ogrom obiektu robi na naszym synu wrażenie, a ja tajemniczo dodam tylko, że to miejsce może stać się niedługo bardzo ważnym punktem na naszej biegowej mapie, o czym w tamtym momencie pomyślałem.

Dwóch napotkanych, już rozgrzewających się biegaczy, wskazuje nam drogę do biura zawodów. Pod słynny “Kapelusz” trafiamy bez problemu. Owe biuro to niepozorne namioty a na miejscu startu próżno szukać dużej, charakterystycznej dmuchanej bramy – linia początku (i końca) biegu narysowana jest kredą …i tyle. Żeby była jasność – nie piszę tego w sensie negatywnym. Po prostu widać, że to niewielka impreza organizowana przez prawdziwych pasjonatów a atmosfera jest po prostu życzliwie koleżeńska.

Przed startem, tuż przy słynnym “Kapeluszu”

Po załatwieniu spraw organizacyjnych odeszliśmy trochę na bok żeby przygotować się do startu. Zostało już naprawdę mało czasu, a trzeba znaleźć kilka minut na rozgrzewkę. Poprzedni wspólny bieg nauczył nas też tego, że z Mamą musimy rozstać się “po angielsku” i odpowiednio wcześniej, żeby nie wprowadzać niepotrzebnego niepokoju w naszym małym biegaczu. Tak też robimy, a w drodze na miejsce startu wykonujemy bardzo krótkie, ale żwawe przebieżki. Dostrzega nas też pani fotoreporter, która zaproponowała zrobienie zdjęcia. Zapowiada się niełatwy bieg a to ze względu na warunki, śmiało można powiedzieć, że to jeden z najcieplejszych dni tego roku i nawet tylko po małym pobudzeniu organizmu już ciężko złapać oddech. Ustawiamy się gotowi do startu i chociaż to niewielki bieg, wokół nas robi się tłoczno. Z perspektywy pasażera wózka musi to wyglądać dość klaustrofobicznie, ale udaje mi się zagadać Tymoteusza, który całą sytuację znosi dzielnie. Zaczynamy odliczanie do startu i ruszamy!

Fot. Marzena Bugała-Azarko/Dziennik Zachodni

Pozycja wyjściowa niezbyt dobra, bo zaczynamy z odległego miejsca. Z drugiej strony patrząc, przecież nie wiem jak szybko będziemy biec i w jaki czas uda się wstrzelić. Plan na ten wyścig jest taki, aby rozpędzić się do dość szybkiego tempa i trzymać je do końca.

Pierwsze kilkadziesiąt, może nawet 200 metrów to spory ścisk. Zbiegam do krawędzi trasy i wyprzedzam innych biegaczy, krzycząc “lewa wolna!”. Udaje się wypracować niezłe miejsce i ustabilizować tempo, zegarek pokazuje ok. 3’50″/km a #malyMajo wydaje się dobrze bawić. Oby tak do końca!

Trasa równa, szeroka, prosta. Przed nami widzę czoło stawki, które nadało mocne tempo, ale i my nieźle pędzimy a to moje główne założenie tego dnia. Park Śląski jest niezwykle zielonym miejscem, dookoła nas mnóstwo drzew, które jednak o tej porze dnia nie rzucają akurat cienia na aleję po której biegniemy. “Już wiem skąd ta nazwa Bieg do Słońca” – pomyślałem. Nie jest łatwo a przecież oprócz oczywistego wysiłku związanego z temperaturą, biegiem, pchaniem wózka, dochodzi jeszcze rozmowa z Tymkiem. Potwierdzam, że widzę wszystkie rzeczy, które mi pokazuje i krótko je opisuje. A ciekawostek jest tu sporo: latarnie, na których punkcie ma bzika (???), drzewa, stoiska z balonami przed wejściem do ZOO, poruszająca się nad nami kolejka linowa “Elka”.

Trzymam tempo choć nie wiem jak długo to potrwa. Mimo wszystko cyfry, które widzę na zegarku, pozytywnie mnie zaskakują i mobilizują do przebierania nogami. Problem pojawia się z innej strony. Przede mną słyszę coś pomiędzy śpiewem a marudzeniem. Pesymistycznie przyjąłem, że to to drugie i jeszcze aktywniej próbowałem zabawić rozmową syna. W połowie pierwszej pętli ukradkiem kibicuje nam Wanda. Jak już pisałem wcześniej, mamy doświadczenie by lepiej się za bardzo nie pokazywała. #malyMajo mógłby po prostu chcieć zostać z Mamą. Nie ma co prowokować takich sytuacji, tym bardziej, że jak sama powiedziała po biegu, zanim nas zobaczyła to już nas słyszała i też nie wiedziała czy to marudzenie, płacz, czy krzyki.

Mogę już zdradzić, że ten stan towarzyszył nam właściwie do samego końca rywalizacji. Chcę jednocześnie zaznaczyć, że obyło się bez płaczu i tym podobnych rzeczy, dlatego nie było potrzeby przerwania zawodów a #malyMajo zawsze jest szefem, gdy biegniemy razem. Wiedziałem jednak, że jeśli tylko ja dam radę, to dobiegniemy.

Wracając na trasę… Po minięciu Wandy wbiegliśmy na gorszy nawierzchniowo odcinek, ale za to zacieniony odcinek, co było duuużym plusem. Z tych około dwóch kilometrów pierwszej pętli nie przypominam sobie żadnych charakterystycznych momentów wartych wspomnienia, może poza wbiegnięciem w dojrzałe mirabelki, które spadły z drzewa. Jeszcze przez dobre kilkadziesiąt metrów walczyłem o łapanie równowagi. Czułem się, jakbym jeździł na rolkach, tak śliskie miałem buty biegnąc po nawierzchni przeznaczonej, nomen omen, dla rolkarzy. 😉

Zbliżając się do końca pierwszej pętli znów mijamy Wandę (miała do przejścia ok. 100-150 m żeby nas widzieć dwa razy na każdym okrążeniu). Z ciekawości spytałem, które możemy mieć aktualnie miejsce. Usłyszałem że 8. może 9.

Mijamy linię mety, ale… przed nami jeszcze druga pętla, a ja już bardzo chciałem żeby to był koniec. Żar z nieba i ponad 30 kresek na termometrach dają mocno w kość, jednak doping niesie dalej.

Przed 7. kilometrem przechodzę drobny kryzys, uderzenie gorąca i kolka. Bidon w poręcznym uchwycie przymocowanym do wózka służy mi już nie tylko do czerpania niewielkich łyków wody, ale też do polewania ciała w celu chłodzenia. Staram się to robić efektywnie, ale oszczędnie, bo chociaż już niedaleko do końca, to ostatnie 3 kilometry mogą mną pozamiatać. Znów mijając Wandę, mówię o męczącym kłuciu w boku. Krzyknęła, że damy radę i muszę przyznać, że to mi dało siłę. Pomyślałem, że już przecież niedaleko i nie ma się co poddawać. Zmieniłem na jakiś czas sposób oddychania i kolka rzeczywiście się zmniejszyła a my nie straciliśmy nawet rytmu biegu. Jak już wspomniałem, cały ten czas musiałem “zagadywać” Tymoteusza. Zmęczenie jest podwójne, ale wewnętrzna radość, że to co robimy nie jest zwykłe, jest niewspółmiernie większa.

Gdzieś w międzyczasie udaje się wyprzedzić jednego z rywali i ominąć plamę z mirabelek. 😉

Ostatnia długa prosta parzyła jak patelnia a rozgrzane nad asfaltem powietrze rozmywało ludzi zgromadzonych na mecie niczym fatamorgana.

Odwróciłem się i zobaczyłem, że za nami nikogo nie ma. Pozycja na mecie niezagrożona, chociaż miejsce samo w sobie nie było celem tej rywalizacji. Uniesiona w geście zwycięstwa ręka świadczyła o wielkiej radości. Dobiegając do końca zegar wskazywał 39. minut z sekundami. Przed startem nawet nie marzyłem o zejściu poniżej 40’00”. Taki wynik był gdzieś w jednej z szufladek komody zwanej “cele w bieganiu z wózkiem”.

Do indywidualnego złamania tej magicznej bariery potrzebowałem kilka lat i radość była przeogromna. Nie spodziewałem się, że ten “drugi pierwszy raz” (bo biegi z wózkiem to mimo wszystko zupełnie inna kategoria tego samego sportu) nastąpi właśnie dzisiaj. Za pierwszym podejściem! I nawet #malyMajo, wyraźnie zmęczony upałem, śmiał się w końcówce biegu, jakby rozumiejąc czego dokonujemy. Oficjalnie 39’13”. Wiem, że trasa nie posiada atestu, ale w tym czasie, kiedy biegi się właściwie nie odbywają to traktuje te próby jak tymczasowe życiówki naszego duetu.

Tuż za metą odbieramy dwa medale. Jeden mój i drugi Tymoteusz. To duża niespodzianka i bardzo miły gest organizatorów – DZIĘKUJEMY!

#malyMajo dekorowany medalem!

Prawie równocześnie witamy się z Wandą i w międzyczasie dowiadujemy się, że zajęliśmy 8. miejsce OPEN! Wiadomość rewelacyjna, choć muszę przyznać, że większe emocje wzbudzało we mnie pokonanie trasy w takim czasie.

Jeszcze tylko krótka rozmowa z regionalnym oddziałem telewizji i byliśmy wolni.

Rozmowa z TVP Katowice. Ostatecznie materiał chyba nie poszedł. 😛

Do wieczora przechadzaliśmy się po Parku Śląskim, ale muszę przyznać, że był to jeden z bardziej męczących dni w ostatnim czasie. Mimo to chłonęliśmy z radością tę wolną, wspólną niedzielę. Czego i Wam życzymy! 🙂

Zmęczeni, ale szczęśliwi MY!

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.