Niesieni na skrzydłach aniołów – IV Bieg Śląskich Aniołów – Relacja.

Przed największym wyzwaniem w tegorocznym kalendarzu startów z wózkiem należałoby jeszcze znaleźć jakąś imprezę biegową, która podtrzyma stan oswojenia Tymoteusza z atmosferą panującą podczas zawodów. Można powiedzieć, że jest to dla Niego swego rodzaju głównie trening mentalny, w drugim stopniu fizyczny, a dla mnie odwrotnie. Wykorzystuję ten fakt tym bardziej, że plan treningowy pozwala nam, a nawet zaleca, takie sprawdziany.

Po wprowadzeniu w świat imprez (Botaniczna Piątka), sprawdzeniu utrzymania tempa na dłuższym dystansie (Bieg do Słońca), przyszedł czas na kontynuację obycia #malegoMajo z “biegowym światkiem”.

I oto znalazłem Bieg Śląskich Aniołów! Czwarta edycja biegu organizowanego przez Fundację Śląskie Anioły, przy wsparciu miasta Katowice oraz W kręgu natury. Po zapoznaniu się z informacjami o tym wydarzeniu, dowiedziałem się, że środki zebrane z zapisów oraz podczas imprezy, przeznaczone zostaną dla podopiecznych Fundacji, co za tym idzie każdy z uczestników staje się po części aniołem robiącym coś dobrego. Aniołami nawet stajemy się dosłownie, ponieważ podczas biegu obowiązuje anielski biały strój!

Dystans: 5 kilometrów – pasuje, lokalizacja: katowicki Muchowiec i częściowo Dolina Trzech Stawów, bardzo ładnie – pasuje, a Aniołka już mamy. 😉

Zaniepokoił mnie jeden zapis w regulaminie biegu, mianowicie ten mówiący o tym, że trasa prowadzona będzie asfaltem oraz nawierzchnią nieutwardzoną. Dla nas, biegnących z wózkiem to istotna informacja. Zasięgnąłem informacji u organizatorów, którzy szybko potwierdzili, że nie powinniśmy mieć problemów z pokonaniem tego fragmentu trasy, nawet szykując się na szybki bieg.

Przystąpiłem więc do realizacji projektu aniołkowego rydwanu! Sam nie planowałem się przebierać, by nic nie krępowało moich ruchów (zabawa, zabawą, ale poziom sportowy trzeba pokazać :P), ale dlaczego nie wykorzystać naszego pojazdu do stworzenia prawdziwej anielskiej rakiety? Tym bardziej, że pewnie będzie to coś innego, świeżego, zwracającego uwagę.

I tak, późnymi wieczorami w garażu, w ruch szły nożyczki, klej, papier, drut, choinkowy łańcuch etc. Powstały skrzydła i aureola unosząca się nad główką ubranego całego na biało Aniołka Tymoteusza. 😉

Pierwsze przymiarki aureoli i skrzydeł. 😉

Dzień biegu zapowiadał się pięknie. Świecące na bezchmurnym niebie słońce, wysoka temperatura (podczas godziny startu całe szczęście jeszcze nie tak wysoka). W drodze po odbiór pakietu startowego już pierwsze atrakcje. Jesteśmy w najbliższym sąsiedztwie lotniska Muchowiec, bardzo nisko nad nami startują i lądują samoloty, co dla #malegoMajo było niezwykłym wydarzeniem. Dla nas z resztą też, bo nieco wyżej jeden z pilotów wykonywał niesamowite akrobacje, mieliśmy więc dodatkowo w gratisie prawdziwy AirShow na żywo! Zmierzając dalej w stronę startu widzimy mnóstwo aniołów tych większych i mniejszych (rozgrywane były też biegi dla dzieci i trzeba przyznać, że dzieciaki wyglądały super!). Słyszymy też głośną muzykę. W końcu oprawa godna takiej imprezy! Ucieszyliśmy się, bo właśnie z tym musi się zapoznawać nasz mały biegacz. Zgiełk, hałas i wesoła atmosfera charakteryzują biegi – tutaj to wszystko jest, tym bardziej że obok były też imprezy towarzyszące jak duże dmuchańce dla dzieci i zlot foodtrucków.

Odbieramy pakiet, przebieramy się i szykujemy do startu w I turze. Zapomniałem wspomnieć, że cały bieg, ze względu na COVID-owe ograniczenia podzielony został na III tury. W każdej z nich około 100. biegaczy a klasyfikacja generalna powstanie po zebraniu wszystkich wyników.

Pamiątkowe zdjęcie przed startem. Nasza drużyna! Nasza rodzina!

Pierwszy raz ze wszystkich dotychczasowych naszych startów udaje nam się stanąć na samym przodzie stawki, nawet w pierwszej linii. Czuję, że niektórzy zerkają na nas, jakbyśmy się trochę pomylili i to miejsce jest raczej dla tych, którzy walczą o czołowe lokaty. Ja jednak dobrze wiem na co nas stać. #malyMajo z zaciekawieniem patrzy na prowadzoną dla wszystkich grupową rozgrzewkę w rytm muzyki. Zaciekawiony i co najważniejsze nie przestraszony. To dooobrze. I tylko w głowie mam, by po drodze nie męczył Go katar, który przypałętał się dzień wcześniej. W razie potrzeby mam przygotowaną chusteczkę i jestem gotowy zjechać na pobocze jeśli będzie trzeba.

Odliczanie i… START!

Pierwszy zakręt.
Fot. Lucyna Nenow/Agencja Press

Zaczęliśmy naprawdę ostro, by zmieścić się w prawy dość ciasny zakręt. #malyMajo przebiera nóżkami, więc jest OK! Lekko w górę, pod nami kostka brukowa tzw. “kocie łby”. Dość nierówno, ale… nie wiedziałem co nas czeka za moment. I nagle wpadamy w las, na leśną, wąską, bardzo nierówną ścieżkę z wystającymi konarami, niewielkimi kałużami i miejscami błotem. Mocno zwolniłem, ale i tak było to bardzo szybkie tempo (ok. 4’00″/km i mniej) a w takim terenie jeszcze nigdy razem nie biegliśmy. Starałem się wybierać optymalny tor jazdy/biegu, by było jak najmniej wertepów a i tak wózek, i rzecz jasna Tymek, skakali jak piłka ping-pongowa. Dobrze, że zawsze ma zapięte pasy, bo chyba by wystrzelił jak z katapulty. Pomyślałem, że może pokonam ten nierówny odcinek maszerując, ale #malyMajo śpiewał, więc kontynuowałem bieg, przeklinając trochę w myślach maila od organizatorów, mówiące że nie będzie dla nas większych problemów na trasie a mamy tu istny off-road.

Po kilkuset metrach nasz Aniołek zaczyna marudzić. Bujanie (lekko to ujmując) zaczyna Go denerwować. Wcale się nie dziwię, ale właśnie zaczyna się już utwardzona nawierzchnia i jest trochę lepiej. Niestety tylko trochę, bo jej stan pozostawia bardzo wiele do życzenia. Mimo to sytuacja zaczyna być opanowana, pasażerowi wózka stopniowo wraca lepszy humor i nabieramy odpowiedniego tempa. Międzyczasy tych najgorszych kilometrów (opisywany przeze mnie fragment miał niespełna 1,5 km) to 3’47″/km i 3’59″/km. Jak widać mimo trudności nie oszczędzaliśmy się i cały czas w zasięgu wzroku mieliśmy grupę liderów biegu, którzy jednak na odcinku leśnym sporo się oddalili.

Kiedy już gnaliśmy po równym asfalcie, widać było że powoli ale konsekwentnie nadrabiamy zaległości. Dodając do tego nieco słabnących biegaczy przed nami udaje nam się zyskać kilka lokat. Nie ukrywam, że czuję dodatkowe doładowanie, kiedy zawodnik “biegnący w trupa”, którego “dochodzimy” zerka w bok i widzi wyprzedzające go śpiewające dziecko w wózku a za nim mnie mówiącego do Syna. Osobiście czuję się wtedy zmieszany, że mu to robię, ale na trasie jesteśmy rywalami bez zbędnych kurtuazji, za to po biegu przybijamy pionę i rozmawiamy. 🙂

W połowie dystansu trasę zabezpieczają strażacy w wozie a ja już z daleka pokazuje im, by włączyli “koguty”. Zauważają to i puszczają syrenę i migające światełka. #malyMajo zachwycony a ja gestem ręki dziękuję strażakom.

Zaczął się najlepszy fragment trasy, rolkostrada równa jak blat stołu. Tu możemy pokazać na co nas stać, trzeci kilometr w tempie 3’44” i głośne “iiijoo! ijjjoo!” Tymka przeżywającego jeszcze pożarniczy pokaz. Rzeczywiście pędzimy jak do pożaru! 🙂

Czwarty kilometr w 3’51”. Ostatnie niemal 1000 metrów to dwa zakręty. Wychodząc z pierwszego moim oczom ukazuje się Alek Suseł (Help for Alek) znany z udziału we wszystkich możliwych biegach. 😉 Krzyczę “Alek, przyjacielu! Cześć!”, ale nawet nie wiem czy coś odpowiada (później okazało się, że nas nie poznał). Wyprzedzamy jeszcze jednego biegacza na ostatniej prostej, by… ten po chwili zebrał się w sobie i jednak odbił piłeczkę. Mówiąc szczerze do dziś żałuję tej nieudanej akcji i tego, że jednak nie wycisnąłem resztek sił, by zyskać tę dodatkową pozycję. Z drugiej jednak strony Garmin wskazuje, że finiszowy kilometr pokonaliśmy w 3’38” więc i tak był ogień!

Do mety!
Fot. Lucyna Nenow/Agencja Press

Kilkadziesiąt metrów przed metą słyszę zapowiedź z głośników “Majobiegaaaa!” To bardzo miłe!

Odbieramy gratulacje i medal. Szkoda, że tylko jeden. Tym bardziej, że Wanda powiedziała, że później widziała jak inny uczestnik biegnący z psem otrzymuje blaszkę dla siebie i swojego pupila. Cóż, ostatecznie nie to jest ważne a ten wywalczony, piękny medal w kształcie skrzydeł i tak ląduje na koncie #malegoMajo. 🙂

Na telebimie sprawdzam wyniki i… z czasem 18’37” jesteśmy na 5. miejscu! WOOW! Teraz musimy czekać kilka godzin na ukończenie pozostałych dwóch tur i generalne podsumowanie.

Podczas, gdy we trójkę cieszyliśmy się z udanego biegu, a ja próbowałem wyrównać oddech, podeszła pani dziennikarz z lokalnego oddziału telewizji z pytaniem o krótki wywiad. Ponieważ chcę wykorzystywać każdą okazję, by pokazać że dziecko nie musi oznaczać rezygnacji z pasji i dążenia do celów, oczywiście zgadzam się. Ostatecznie materiał został i tak jeszcze mocno skrócony, ale można nas było zobaczyć w wieczornych wiadomościach sportowych. 😉

https://katowice.tvp.pl/49879003/bieg-slaskich-aniolow

Te kilka wolnych godzin do ogłoszenia wyników wykorzystujemy na załatwienie kilku spraw, spacer i odpoczynek przy kawie.

Na kilkanaście minut przed dekoracją, zaczepia nas ktoś (jak się okazało z obsługi/organizacji biegu), by spytać o nasz numer startowy. Chodziło o nominację na najlepsze anielskie przebranie. Właściwie to jedynie w tej kategorii upatrywałem ewentualną szansę na wyróżnienie. O, jak dobrze, że nie zdemontowałem skrzydeł i aureoli – z takim wózkiem paradowaliśmy przez cały dzień, nawet po centrum handlowym! 😀

Nadeszła pora wręczania nagród i jak się okazało nie udało nam się zdobyć żadnego wyróżnienia jeśli chodzi o strój.

Odeszliśmy trochę dalej, aż tu nagle po dekoracji kilku kategorii z głośników słychać głośne: “III miejsce w kategorii mężczyzn do lat 34. KLUB BIEGACZA FARTLEK – PRZEMYSŁAW MAJ!”

Patrząc na siebie z Wandą, ze zdziwienia oboje “strzeliliśmy karpia”, by dopiero po chwili zebrać się w kierunku podium. MAMY PUCHAR! JEAAAH!

Puchar jest nasz!

Piękna, piękna chwila. Okazało się, że I tura była najmocniejsza ze wszystkich trzech i dlatego nasze piąte miejsce pozwoliło cieszyć się z “pudła”.

Po odebraniu nagrody #malyMajo już dosłownie padał ze zmęczenia, a gdy tylko zasnął, my udaliśmy się w kierunku wspomnianych na początku foodtrucków. 😉

Uczczenie wyjątkowego biegu dobrym burgerem to jest to! Tak robię po maratonach, czy życiówkach.

Zdobycie pucharu przypieczętowaliśmy fantastycznym burgerem z mięsem z dzika od DZIK FOOD TRUCK. To było coś najlepszego, co mogło nas wtedy spotkać. 🙂

Bieg Aniołów to i (dzikie) niebo w gębie. 😉

Od tamtej chwili tempo całego dnia już tylko spadało. Lemoniada, spacer, chill i lody. Żyć, nie umierać. 😉

Kolejna edycja Biegu Śląskich Aniołów już w zimie! Może znów zawitamy?

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.