Świat się zatrzymał, a my, tu na Śląsku BIEGNIEMY! Silesia Półmaraton – Relacja. Część 1.

Siedzimy w samochodzie. #malyMajo i ja jedziemy odebrać pakiet startowy na Silesia Półmaraton – nasz docelowy start sezonu! Zarazem najważniejszy wspólny z dotychczasowych biegów. Między innymi dlatego zdecydowałem, że skoro biegniemy razem to i po odbiór numeru startowego pojedziemy we dwóch. To absolutnie nasz weekend i chcę byśmy go w pełni wspólnie doświadczyli, od wyjazdu po niezbędnik zawodnika aż (jeśli będzie nam to dane) po radość za linią mety.

Ale czy to na pewno przeddzień biegu? Kalendarzowo niby tak, ale nie jest to takie oczywiste mając wizję nagłego wprowadzenia “czerwonej strefy” w jednym miast aglomeracji śląskiej. Wtedy koronawirus, a raczej pomysły na walkę z nim, zniweczą wszystkie starania organizatorów, by ta jedna z nielicznych imprez w tym roku (w skali Świata!) się odbyła. Jedziemy i wierzymy, a raczej chcemy wierzyć, że wszystko się uda!

Kierunek – Chorzów!

Dojeżdżamy bez najmniejszego problemu (choć muszę przyznać, że tą podróżą też się lekko stresowałem – jeszcze niedostatecznie przywykłem do naszych męskich wypraw, z reguły towarzyszy nam Mama a wtedy jest jakoś raźniej 🙂 ). Parkujemy przed samym Stadionem Śląskim. Chwilę czekam, aż pasażer z tyłu się wybudzi, bo od Mikołowa ucina sobie drzemkę. 😉

Nie trwa to długo i idziemy w kierunku stadionowej bramy. Nie ma żadnych kolejek, ale zatrzymuje nas stanowczy, acz uprzejmy ochroniarz z pytaniem w jakim celu chcemy przejść. Na moją odpowiedź, że jutro bierzemy udział w biegu, pan ponownie pyta, czy mam z kim zostawić osobę małoletnią. Proszę Pana – odpowiadam – Gdybym miał, to nie przyjechalibyśmy tu razem 60 km. Pan się uśmiecha i oczywiście puszcza nas dalej.

Osoby postronne czy towarzyszące nie były wpuszczane na teren obiektu, a zawodnicy mogli poruszać się w maseczkach.

Niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w pandemię, czy nie, uważam że z szacunku dla Organizatorów Silesii należy stosować się do wszelkich środków ostrożności choćby tylko po to, by impreza się odbyła. A widać na każdym kroku, że środki podjęte, byśmy mogli pobiec, były zapewnione: ograniczona liczba osób, maski, przejście przez kabinę dezynfekującą (to akurat #malemuMajo się bardzo spodobało). Bardzo sprawnie odbieramy pakiet startowy i wychodzimy przed stadion. Tu robimy pamiątkowe #selfie, prezentując koszulki pokazujące nasze nastawienie 😉 A co! My nie damy rady? Potrzymaj nam misia i patrz! Sportowcy muszą być pewni siebie, Synu. Pamiętaj. 🙂

Koszulki od Akademii Stylu Maluszka wg naszego pomysłu

W międzyczasie spotykamy Waldka i Rafała z naszego Klubu Biegacza Fartlek. Waldi debiutuje w maratonie, a Rafał… niestety musi zrezygnować ze startu. Zamieniamy z nimi kilka słów i wykorzystując piękną, ale wietrzną pogodę, udajemy się na małe co nie co przy jednej z fontann w Parku Śląskim.

Wracamy ponownie bez problemów, robimy jeszcze małe rozbieganie i przygotowujemy się do jutra.

Ale zanim nastał nowy dzień wszyscy kilkukrotnie budziliśmy się w nocy, a budziła nas ogromna ulewa i bardzo silny wiatr. To nie wróżyło nic dobrego i brałem możliwość zaniechania startu jeśli do rana nic się nie poprawi. Albo razem albo wcale, a na takie ekstremalne warunki nie będę narażał Syna.

Rankiem pogoda niewiele się poprawiła, choć wiatr znacznie osłabł. Po sprawdzeniu kilku aplikacji pogodowych, które mówiły że na chwilę przed naszym startem sytuacja ma się poprawić a w czasie biegu ma się nawet pojawić słońce, postanawiam szykować się do wyjazdu i podjąć decyzję na miejscu. Piszę “postanawiam”, bo Wanda ze względu na swoje obowiązki nie będzie mogła nam towarzyszyć. To jeszcze bardziej mnie stresowało, ale jak się chwilę później okazało, przez cały ten czas po prostu robiła mnie w balona i zamiast pojechać na ważne zajęcia w szkole wybrała osobiste wsparcie nas w tym ważnym wydarzeniu. Oczywiście zrozumiał bym inną decyzję, ale bardzo się ucieszyłem na taki finał sprawy. Jest nasza trójca! Jest team! Możemy ruszać, a towarzystwa dotrzymują nam babcie.

Po drodze pogoda w kratkę, by przed samymi Katowicami na dobre znów lunęło z nieba. Na domiar złego trochę źle pojechałem, jakbym zapomniał, że centrum miasta jest już zamknięte dla ruchu kołowego, ponieważ zawodnicy już od wczesnych godzin porannych mierzą się z dystansem maratonu i ultramaratonu (50 km).

Czas uciekał nieubłaganie, a do Stadionu Śląskiego wciąż mieliśmy kilka kilometrów nie wiedząc właściwie czy będzie gdzieś miejsce na zaparkowanie samochodu. Ostatecznie, mając jakieś 40 minut do startu, zaparkowaliśmy dość blisko naszego miejsca docelowego. Całej naszej ekipie przyszło stać w chłodzie, rzęsistym deszczu i… patrzeć jak się przebieram w strój startowy, zostawiając jednak na sobie jeszcze bluzę. 😀

Pośpiesznym krokiem idziemy tam, gdzie inni biegacze. Padający deszcz zmusza do okrycia wózka folią, co zdecydowanie nie podoba się #malemuMajo. Robi się trochę nerwowo, biorę sprawy w swoje ręce i… zaczynamy lekki trucht. Jest trochę lepiej, sytuacja właściwie opanowana, ale oddaliliśmy się nieco od Wandy i Babć. Z uwagi na to, że lada moment powinniśmy być już właściwie w strefie startowej, jesteśmy zmuszeni pożegnać się na odległość. Bez ceremoniału, buziaków, czy kopniaka w tyłek na szczęście.

Na niebie pojawia się tęcza i faktycznie przestaje padać. To chyba dobry znak…

Po dwóch, trzech minutach docieramy do wejścia na teren stadionu a tam… bardzo duża kolejka zawodników! Wpuszczani pojedynczo, z obowiązkiem przejścia przez kabinę dezynfekującą. Czas nas ponagla, dlatego podchodzę do ochrony, podnoszę bluzę pokazując numer startowy z literą “A” oznaczającą start w pierwszej fali biegaczy i pytam, czy możemy wejść. Dostajemy zgodę i gnamy do depozytu.

Naszego małego biegacza ani trochę nie przestraszyła głośna muzyka, gwar, mnóstwo ludzi. Wręcz przeciwnie, jest bardzo spokojny i zaciekawiony. Po błyskawicznym oddaniu torby w depozycie, mając jeszcze około 5 minut, by znaleźć się w strefie startowej, wykorzystuję ten czas na karmienie  Tymoteusza (zapobiegawczo, by nie poczuł głodu w czasie biegu) pysznymi, zdrowymi muffinami, przygotowanymi wcześniej przez Wandę oraz… rozgrzewkę przy wózku. Właściwie to zrobiliśmy jeszcze chyba ze 3-4 kilkudziesięciometrowe przebieżki – that’s all. Widziałem jeszcze chyba dwóch tatusiów szykujących się do biegu, z czego z jednym życzliwie się przywitaliśmy i życzyliśmy powodzenia.

Wchodzimy do strefy startowej, podkarmiam i napajam #malegoMajo właściwie do ostatniej chwili, próbując wyłapać komunikaty dobiegające z głośników. Udaje mi się wyłuskać, że zaraz odliczanie do startu honorowego, by dopiero dalej przejść do tego właściwego startu ostrego.

Przestało co prawda padać, ale przez moje niedogrzanie czuję, że jest naprawdę chłodno. O ile wiem, że kocyk powinien wystarczyć, by #malyMajo czuł się komfortowo, to martwi mnie jednak, że nie wziąłem rękawiczek.

10, 9, 8, 7… szybko zamykam pudełko z muffinami, bidonik wrzucam pod siedzisko wózka i zaczynamy zabawę.

Więc jednak mamy ten bieg! Nowy Jork, Boston, Tokio skapitulowały. Londyn, czy Berlin poddały się w tym roku, nie wspominając już o krajowych biegach, gdzie widać, że sporo organizatorów zaniechało możliwość powalczenia o odbycie imprezy. A my, tutaj, na Śląsku, w liczbie kilku tysięcy BIEGNIEMY! NIE-SA-MO-WI-TE!

A jak wyglądał sam bieg? Tego dowiecie się z drugiej części, w której starałem się odwzorować najciekawsze momenty, miejsca, odczucia. Mam nadzieję, że uda mi się Was przenieść do tego świata.

Zapraszam do przeczytania części drugiej, pt. “Ja! Tak to można lecieć!”

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.