“Ja! Tak to można lecieć!” Silesia Półmaraton – Relacja. Część 2.

W pierwszej części pt. “Świat się zatrzymał, a my, tu na Śląsku BIEGNIEMY!” można było przeczytać o tym, co działo się w przeddzień biegu, aż do momentu startu. Następnie…

Mijamy linię startową, symbolicznie dotykam szarfę, która jest nad nami uniesiona i spokojnie zmierzamy dalej. Po prawej stronie, mimo wspomnianego chłodu, sporo kibiców. Widzę naszych najbliższych i składam Wandzie meldunek: “Najedzony, napojony!” 😉 Powoli truchtamy w stronę startu właściwego…

“Najedzony, napojony!” Tuż po starcie honorowym.

Zdaje się, że przydzielenie do danej fali startujących nie jest ściśle powiązane z zadeklarowanym przy zapisach czasem ukończenia, jak to ma miejsce w każdym biegu. Dziś chodzi raczej o utworzenie niejako kilku osobnych biegów, by spełnić wysoko postawioną poprzeczkę reżimu sanitarnego w kwestii dystansu społecznego.

I tak, po starcie honorowym, jedni biegną dość szybko, inni truchtają, jeszcze inni wręcz spacerują. My jesteśmy gdzieś na końcu całej grupy. Tempem szybkiego marszu, jednak w formie biegu czekamy na miejsce, w którym będziemy mogli ruszyć po nasze upragnione #breaking90, czyli zrobienie tego półmaratonu w mniej niż 90 minut.

Truchtamy, idziemy, znów truchtamy… Ale gdzie ten początek trasy?! W końcu pytam biegacza, który pojawił się obok:

– Gdzie ten start?!

Na co ten spojrzał na swój zegarek a w odpowiedzi słyszę:

– Był… 400 metrów temu.

Coooo?! Nagle przyspieszyłem jak wystrzelony z katapulty, żegnając się jeszcze z naszym informatorem.

Włączyłem swój zegarek, choć wiedziałem że nie zmierzy oficjalnego dystansu i zacząłem wyprzedzać pozostałych.

Na chwilę po tym, jak dowiedziałem się że już trwa wyścig.
Fot. Dziennik Zachodni

Każdy chociaż średnio doświadczony biegacz wie, że klasyczny błąd to niekontrolowanie tempa, biegnięcie bardzo szybko na początku, by później brakło sił.

A ja… ja gnałem jakby bez opamiętania. Nie wiedziałem dokładnie z jakim opóźnieniem włączyłem zegarek, ile metrów muszę dodać, w jakim tempie mogłem się przemieszczać zanim dowiedziałem się, że już “biegniemy” i najważniejsze – ile czasu straciłem i w jakim tempie powinienem biec, by dotrzeć na metę poniżej półtorej godziny?

Przez moją nieuwagę mogliśmy stracić dwie, dwie i pół, ale równie dobrze trzy lub cztery minuty! A jeśli po biegu okaże się, że zabrakło nam bardzo niewiele, by spełnić swoje założenia? CHOLERA!

Ta wyższa matematyka trwała ze trzy kilometry a jedyny wniosek, jaki byłem w stanie wysnuć, to że muszę po prostu cisnąć. Półmaraton równym tempem w 1,5 h to 4’15″/km. Mój Garmin powiadamiał mnie kolejno 4’02”; 4’06”; 4’13”; 4’01″… Gołym okiem widzę, że nadrabiam stracony czas, ale do którego kilometra tak będę musiał?

…Ale pomińmy chwilowo te moje dywagacje.

Sam początek trasy to Promenada Generała Jerzego Ziętka w Parku Śląskim. Tędy nie tak dawno biegliśmy z #malymMajo, podczas Biegu Do Słońca. Wybiegając z parku skręcamy w stronę dzielnicy Józefowiec (to sprawdziłem pisząc ten tekst, dla mnie to obszar pod nazwą “za Silesia City Center” :P). Wydaje się, że to zwykłe, acz spokojne osiedle. Jeden z biegaczy zaczepia mnie słowami “Majobiega?” Czując lekkie zmieszanie odpowiadam twierdząco. Życzymy sobie powodzenia, a ja wyjaśniając że przespałem start, śmigam dalej. (Kolego, jeśli to czytasz – daj znać 🙂 )

Jest chłodno, ale przestało już nawet kropić. Nowa książeczka doczepiona do wózka, zakupiona przez Wandę specjalnie na ten dzień, by w kryzysowej sytuacji zainteresowała Tymka, “dynda” cała brudna i mokra gdzieś pomiędzy kołami. Nie przydała się (całe szczęście) ani na moment, z przodu słyszę tylko co jakiś czas “ijjoo-ijjoo” – to #malyMajo na widok zabezpieczających skrzyżowania policjantek i policjantów. Humor dopisuje, to najważniejsze. 🙂

Dobiegamy do Silesia City Center, niegdyś to w tym miejscu mieścił się start biegów spod szyldu Silesia Marathon. Skręcamy na główną arterię miasta, ul. Chorzowską. Jeden z niezwykłych momentów, kiedy możesz pobiec środkiem trasy, którą normalnie każdego dnia przemierzają setki tysięcy pojazdów. Teraz my możemy pozostawić tu ślad naszych butów… i opon. 😉

Kojarzę ciszę i taki na swój sposób jakby majestatyczny przez wszechobecne szkło, metal i aluminium wieżowców i biurowców, ale jednak wyludniony miejski klimat. Ciszę?! No właśnie… Będąc cały czas w kontakcie z wózkiem, wyprzedzam go by sprawdzić sytuację. Ten manewr mam już dobrze opanowany. #malyMajo zasnął… Tym razem nie kładę Go a nieprzerwanie biegnę dalej. Wiem, że gdyby obudził się na leżąco to po jakimś czasie by Mu to nie odpowiadało i znów musiałbym tracić cenny czas na podnoszenie oparcia. Teraz jest dobrze a ja wiem, że i tak jest wygodnie.

Chorzowska. #malyMajo zasnął przed momentem.

Myślę, że przynajmniej na połowę całego biegu “mam spokój” (nie muszę opowiadać o otaczającym świecie, więc przede wszystkim mam komfort równomiernego oddechu). Co będzie później? Zobaczymy. Teraz robię swoje, czyli… nadrabiam spacer po przeoczonym starcie.

Tuż za “Spodkiem”. W tle jeden z największych bloków w Polsce, tzw. “Superjednostka” i Pomnik Powstańców Śląskich
Fot. Fotomaraton.pl

Wydaje mi się, że biegniemy w szeroko pojętej czołówce całej stawki, ale przeszkadza mi jedna rzecz… część kocyka, którym przykryty jest Tymoteusz niemal ciągnie się po ziemi. Jakiś czas jeszcze tak biegniemy przez ogromne rondo tuż przy słynnym Spodku i dalej obok budynku Międzynarodowego Centrum Kongresowego, Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Muzeum Śląskiego. Bardzo lubię ten rejon.

Ah ten kocyk! W tle Muzeum Śląskie
Fot. Fotomaraton.pl

W końcu jednak postanawiam zrobić szybki pit-stop. Zatrzymuję się, poprawiam delikatnie wspomniany koc i gnamy dalej. Całość trwała mniej więcej tyle, ile pełna obsługa serwisowa najlepszej stajni podczas wyścigu F1.

Po następnych kilku kilometrach trasa półmaratonu łączy się z trasą maratońską i ultramaratońską. Ciężko mi powiedzieć z jakimi zawodnikami (w sensie biegnącymi na jaki czas) się łączymy, ale widać gołym okiem, kto w jakim biegu bierze udział. Nic w tym dziwnego, my mamy za sobą raptem ok. 9 kilometrów, a pozostali o wiele więcej, biegną już o wiele dłużej a w dodatku na początku zostali sponiewierani naprawdę ulewnym deszczem. Od teraz wszyscy biegniemy już tą samą trasą i mamy ten sam cel.

Niemal na styku Katowic i Siemianowic Śląskich, jeden z mijanych przeze mnie biegaczy (prawdopodobnie maratończyk), zerka na wózek i mówi z uśmiechem, z wyraźnym śląskim akcentem:

-Jaa, tak to można lecieć!

Uśmiecham się i odpowiadam coś w stylu:

-Jak miał mnie zmienić to, cholera, zasnął!

Nam, półmaratończykom, w przeciwieństwie do pozostałych biegaczy, nie dane było pobiec w tych najsłynniejszych śląskich dzielnicach Nikiszowiec czy Giszowiec (swoją drogą jak to możliwe, że jeszcze nigdy tam nie byłem?!), ale po tym zagajeniu, o którym przed chwilą napisałem oraz tym, że akurat biegliśmy ulicą, po bokach której stały typowe familoki (dla niewtajemniczonych, z niem. “rodzinny blok”, budynek wielorodzinny przeznaczony głównie dla pracowników przemysłu ciężkiego i ich rodzin), z których otwartych okien dochodziły zapachy (możecie mi wierzyć lub nie) “pyrkającego” rosołu i rolad po prostu dało się odczuć, że to serce Śląska!

Po jakimś czasie wbiegamy na dłuuugą prostą w kierunku centrum Siemianowic, a ja cały czas mam wrażenie, że już podążałem tą drogą. Zaczyna się gęsta zabudowa miasta, przeważnie wspomniane wcześniej familoki, ale i ozdobne budynki, na parterze których usytuowane są niewielkie sklepy oraz bramy przy których stoją grupy, można powiedzieć “bandy” tutejszych, wyraźnie leczących złocistym napojem skutki sobotniej nocy.

Nie chcę absolutnie stawiać Siemianowic w złym świetle, mam bardzo dobre skojarzenia z trasy w tym mieście, a od przytoczonych “band” dostałem pełno głośnych i wesołych słów dopingu.

Będąc już w centrum miasta doskonale skojarzyłem przebytą drogę. Rzeczywiście już tutaj kilkukrotnie bywałem. W niedalekim szpitalu, od którego dzieliło nas teraz dosłownie kilka budynków, operację miał mój już wtedy ciężko chory Tata. Zawoziłem Go tu, odwiedzałem, odbierałem… Minęło ponad cztery lata. Wierzę, że teraz widzi jak biegnę z Jego wnukiem!

Z letargu tych myśli wyrywają mnie okrzyki naprawdę głośnej, najprawdziwszej strefy kibica a z głośników słyszę, że “pędzi chyba najmłodszy zawodnik!” Mijając pana z mikrofonem krzyczę, że #malyMajo ma półtora roku, trochę Go tym jednak postarzając. 😉

Po chwili pasażer wózka się budzi oznajmiając mi to… śpiewem. 🙂 Jest dooobrze! 🙂 Przed nami jeszcze około 6 kilometrów.

Do tej pory systematycznie, kilometr po kilometrze nadrabiałem stracony na samym początku czas, mając nadzieję, że starczy mi sił do mety. Oprócz świadomości, że non stop biegnę szybciej niż zakładałem, miałem też z tyłu głowy myśli o czekającym na nas ponad półtorakilometrowym (!) podbiegu, o którym dowiedziałem się od Marka (Marek – Droga do Tokio). Marka znam jedynie z blogosfery, swoją drogą też zrobił masę kilometrów z córką w wózku biegowym. Jest z tej okolicy, poza tym biegł już tą trasą (ba! W tej chwili walczy z dystansem maratońskim) i kazał mi zwrócić uwagę na “rondo z kulkami” – wtedy ma się zacząć podbieg, który oddziela mężczyzn od chłopców. 😉

O co u licha chodzi z tym “rondem z kulkami”?! I wtedy właśnie ukazała mi się wysepka, na której była jakaś srebrna instalacja z dużych metalowych kul.

Wiedziałem, że to tu zaczyna się decydujący moment biegu. Faktycznie od tego miejsca trasa zaczynała prowadzić lekko w górę. Niby lekko, ale za to dłuuugo, a im dalej tym większe nachylenie. Nogi piekły coraz bardziej, oddech stawał się cięższy a mimo to starałem się odpowiadać #malemuMajo na obiekty, które mi pokazuje: “Tak, piesek, widzę; Ooo jaka ładna lampa.” Ufff! Wydawało mi się, że ta góra się nie skończy. Pytam jednego z oklaskujących nas kibiców kiedy będzie płasko. W odpowiedzi słyszę, że jeszcze prawie KILOMETR. Cóż, nie tego się spodziewałem.

Było ciężko. I powiem Wam, że pewnie gdybym biegł sam, to chociaż nie musiałbym pchać przed sobą tych ok. 25 kilogramów, to pewnie przeszedłbym do marszu, ale jednak mając przy sobie Tymoteusza potrafię jakimś cudem wykrzesać dodatkowe siły. Sam nie wiem czy to obawa, że Go zawiodę (przecież On aż do tego stopnia nie rozumie jeszcze tej rywalizacji), czy może chęć by kieeedyś od Niego usłyszeć, że cholera, byłem naprawdę dobry i już od małego byliśmy niezłym duetem, czy może to po prostu szczypta pychy, by ktoś choćby w tajemnicy nas podziwiał. Może to po trochu mieszanka wszystkich tych rzeczy plus parę innych. Nie wiem, ale ważne, że działa.

Po międzyczasach doskonale widać, że 16 i 17 km to podbieg.

W końcu zdobyliśmy szczyt i droga się wypłaszczyła a zaraz potem ukazała się nam wielka, masywna wieża telewizyjna oraz budynek TVP Katowice.

#malyMajo zareagował głośnym “bim-bam-bom!” No cóż, według Niego każda wieża powinna mieć wybrzmiewające dzwony. 😀

Dobra nasza! Wbiegamy do Parku Śląskiego! Teraz już, dosłownie i w przenośni, z górki (o czym również wiem od Marka).

Nie powiem, ostatnie 10 minut biegu bardzo mi się dłużyło i czułem, że mam słabszy moment. Ten towarzyszył mi tak naprawdę jeszcze przez chwilę bo myślałem, że parkowy odcinek będzie trochę krótszy. I chociaż było już tak blisko to towarzyszące mi od pewnego czasu spięcie łydki (w tej chwili już nie pamiętam której nogi) nie pozwalało czuć się pewnie. Czułem, że skurcz może złapać w każdej chwili a wtedy prawdopodobnie będę zmuszony stanąć.

Gdzie ten stadion? Gdzie ten stadion?

W końcu poznałem alejkę, na której się znajdujemy. Biegliśmy już tędy podczas Biegu do Słońca kilka tygodni temu. To już naprawdę blisko! Jeszcze zakręt i lekko pod górkę, przy której już właściwie będziemy na miejscu!

Wspomnianą górkę biegłem bardziej głową niż nogami, co chwilę powtarzając Tymkowi, jaki to duży stadion przed nami. Przebiegamy przez bramę i wbiegamy do tunelu prowadzącego wprost we wnętrze Kotła Czarownic.

Tunel wewnątrz oświetlają kolorowe reflektory. Teraz to już właściwie krzyczę do Tymcia, żeby zobaczył jakie kolorowe światełka, jaki stadion, że się udało! W tym momencie za wszystkie moje czyny odpowiadały czyste emocje a ich ujściem były płynące łzy. Możecie mi nie wierzyć, ale pisząc to, znów mam zaszklone oczy. Wpadamy na fantastyczną błękitną bieżnię, której niemal całą długość mamy przebiec. Nie czułem już bólu łydki ani zmęczenia. Nie czułem nic, a zarazem czułem tak wiele! I słyszałem wciąż wzmagający się doping z trybun. Było naprawdę głośno! Po wszystkim Wanda mi powiedziała, że nawet zwycięzcy poszczególnych biegów nie mieli takiej owacji jak my.

Kilka metrów po wybiegnięciu z tunelu prowadzącego na stadion.
Fot. Fotomaraton.pl

Słyszałem, słyszałem ten hałas a wzniesioną jedną ręką jeszcze dawałem wszystkim znaki, żeby wyciągnęli z gardeł dodatkowe decybele. Spiker też zagrzewał wszystkich do hałasu, krzycząc (wiem również od Wandy): OTO TATA XXI WIEKU! TAK SIĘ TERAZ CHODZI NA SPACERY!!! 😀

Ostatnia prosta przedzielona kwiatami – po jednej stronie meta maratonu, po drugiej półmaratonu. Szczerze mówiąc nie jestem w stanie przeczytać, gdzie mamy biec, ale dociera do mnie, że “połówka” ma kolor czerwony. Tam się kierujemy i… MAMY TO!!!

Film od Fotomaraton.pl

Dobiegając patrzyłem jeszcze na konstrukcję postawioną na mecie, na której zawsze jest zegar. Tym razem go nie było, ale wiecie co? Chrzanić czas ukończenia tego biegu! I tak, to mówię ja – biegacz-niewolnik uciekających sekund!

Zaraz za metą się zatrzymuję i jednocześnie płacząc i śmiejąc się całuję Tymcia, ściskam Go i przytulam. Odbieram medal, oddaję Mu go wciąż tuląc i dziękując za taki wspaniały moment! Cały czas był dzielny, był cudowny, grzeczny i wesoły tak jak i teraz!

Chyba moje ulubione zdjęcie z tego biegu! Już po pierwszych przytulasach, ale jeszcze przed odbiorem medalu.
Fot. Konrad Morawski

Podchodzi mężczyzna i filmując zadaje kilka pytań, na które na gorąco odpowiadam. Wspomina, że już kiedyś rozmawialiśmy, ale szczerze, przepraszam, nie kojarzę. Nawet nie spytałem dla kogo to nagranie (może na potrzeby Silesia Marathon? Teraz na zdjęciach z ostatniej prostej widać Go w brązowej kurtce), a chętnie bym obejrzał i zarchiwizował na pamiątkę.

Szukam wzrokiem naszych najbliższych, najważniejszych Kibiców, czyli Wandy i obu Babć. Sąąą na trybunach powyżej, machają i wołają. #malyMajo też Je widzi, macha rączką i się uśmiecha. 🙂

W końcu spotykamy się wzrokiem!

Musimy przejść za obiekt, by się spotkać.

I w końcu razem! Uściski, gratulacje, uśmiechy! Po Babciach widzę, że tam na trybunach też nie obyło się bez wzruszeń. 🙂

Skoro wszyscy są cali, zdrowi i zadowoleni, to może udamy się w stronę depozytu bym mógł się przebrać w coś suchego i ciepłego? Powoli zmierzamy w tym kierunku, ale po drodze jest stoisko z grawerowaniem medali. Bez zastanowienia chcę mieć… wrrrróć, chcę by #malyMajo miał grawer na pamiątkę takiego fantastycznego biegu! Ale chwila, przecież wciąż nie wiem, jaki czas uzyskaliśmy na mecie! Sprawdzam telefon, ale wciąż nie ma powiadomienia o rezultacie.

W tym czasie zaczepia nas pan z dyktafonem i mikrofonem z RMF FM. Krótki wywiad z nami wszystkimi. Ah cena sławy! 😛 Oczywiście piszę to z dystansem i doskonale wiem, że gdybym nie biegał z wózkiem, byłbym nie zwracającym uwagi niczym szczególnym. Po prostu biegaczem z wynikami może ciut lepszymi od przeciętnych.

Wracając do graweru. Podszedłem mówiąc, że chciałbym napis na medalu, ale nie znam wyniku.

-Możemy to sprawdzić.

To właśnie wtedy dowiadujemy się, że półmaraton z wózkiem zrobiliśmy w…

1:28’08” !!!

Po takich perturbacjach na początku?! WOW! WOW! WOW!

Na chwilę zabieram Tymoteuszowi medal, by po chwili oddać z należytym napisem. Jest już na zawsze Jego własnością, może kiedyś będzie COŚ dla Niego znaczył.

Can’t Hold Us! 1:28’08”

W końcu poszedłem się przebrać i ostudzić nieco emocje. Z wnętrza stadionu słychać piosenkę Macklemore & Ryan Lewis – Can’t hold us. Lubię ten utwór a od tego momentu już zawsze będzie mi się kojarzył z 15. Silesia Półmaratonem.

Pamiątka na zawsze.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.